niedziela, 27 lutego 2011

Siedem lekcji nad Wisłą

Sezon letni 2010 przyniósł nową formułę oswajania brzegu królowej polskich rzek. Nazwałem ten projekt "Siedem wykładów nad Wisłą". Siedem okazji do porozmawiania o ciekawych sprawach. Podzielenia się swoimi pasjami. Zapytania o cudze. Umownie na 513 kilometrze500 metrze biegu Wisły. Naprzeciw barki. Na trasie nadrzecznych spacerowiczów.
Miała być rozmowa. Miało być sokratycznie. Więc trzeba zacząć 'od dołu'. Wiem, że nic nie wiem. Wobec tego nie wykłady, a lekcje. Jak w pierwszej klasie. Zeszyt w trzy linie. Kaligrafia.


 Lekcja pierwsza


Coś o tym wiem, bowiem po 6 latach pracy w pasiece musiałem stamtąd uciekać. Uczuliłem się nagle na jad pszczeli i kolejne użądlenie mogło okazać się śmiertelne.
    O żądlenie sporo osób pytało, ale większość chciała coś wiedzieć o miodzie. Szczególnie o jego jakości. Jak odróżnić prawdziwy od fałszywego. Trafił się też pszczelarz. Porozmawialiśmy o chorobach pszczół. A niedawno kupiłem w Warszawie, na straganie miód wrzosowy. Jaki pyszny! Taki sam kiedyś sprzedawałem.

Lekcja druga                           
                                             

OuLiPo wtargnęło w moje życie za sprawą Georgesa Pereca i jego książki "Życie - instrukcja obsługi", o której zrazu przeczytałem w czyjejś recenzji. Zastanawia już sam fakt, że trwając w tym świecie  dość długo i stąpając po ścieżkach równoległych, chwilami zbliżających się do siebie na minimalną odległość, ocierając się o nazwisko i fragmenty innych utworów, dopiero po latach,  następuje ta najmilsza z kolizji,  nagłe przeniknięcie czyjegoś istnienia z anonimowego tłumu w zakres mojego własnego bytowania.
Długo i daremnie poszukiwana w antykwariatach, marnie prognozowana przez poprzedniego wydawcę, nagle objawia się "na nosa", po zapachu nieomal, gdy podczas bytności w księgarni "Traffic", już w momencie kierowania się do wyjścia, wzrok pada na jej okładkę wśród okładek, i w oka mgnieniu ośrodek odczytywania pisma, porozumiewa się z ośrodkiem pamięci, ten z centrum pożądania i wszystkie trzy działają na punkt wydzielania endorfin sprzężony z mięśniami rozciągającymi usta w uśmiechu. Wczoraj dopiero dotarła z hurtowni, dowiaduję się. Jeszcze ciepła.
Tak spełniona, jest pochłaniana bez wątpliwości, z żarliwą intencją wyczytania istoty, ale też zaznania smaczków niezliczonych przypraw zgromadzonych wokół tego "talerza z golonką".
I zaraz potem skok we wspomagającą przypadkowość. Stara "Literatura na świecie", zdjęta z cudzej półki, a w niej Alfred Jarry i patafizyka i tamże Agnieszka Taborska, przecież urocza małżonka Marcina, z którym wspólna moja pasja Johna Mayalla kiedyś, kiedyś, jeszcze przed powstaniem czasu, a tu ona razem z Rolandem Toporem przy stoliku w paryskiej kawiarni i pisanie Stefana Themersona do Rolanda i jego nieodpisanie, a przecież Themerson to Klara, która jego archiwum w Londynie kiedyś, a niedługo potem urocza małżonka Żuka, z którym moja rozmowa, przecież nie tak dawno temu, kilka lat zaledwie, na jego życzenie. Zaowocowała.
Warsztat Literatury potencjalnej - grupa  niezłych wariatów, którzy obdarzeni talentami, próbują zadziwiająco skutecznie żonglować opcjami wyśrubowanych świrowatością kryteriów. Matematyczność, skomplikowania formalne, przeszkody niemożliwe - do pokonania, rodzą "100 tysięcy miliardów wierszy" pana Quenau i inne  Gaudi-o-podobne konstrukcje.
Pomysł patafizyki - tej czarnej materii, wszystkiego, co nie jest metafizyką, która jest o tym, co jest - więc o czym jest patafizyka? Nie o tym, co nie jest, ale o tym, co jest, ale się nie da uogólnić we wszystko, co jest.  Pozostaje zatem tym, co jest poza wszystkim.
Więc Escher uprawiający matematykę, z której nic, jak twierdzi, nie rozumie, bo jak ma rozumieć dziecko Newtona, że mu pod ołówkiem woda płynie pod górę, a ludzie schodząc w dół, pną się na szczyt.
Zabawy paradoksem poznawczych władz naszego umysłu, zabawa formą i treścią, zabawa uciskająca ośrodek wydzielania endorfin i działająca na centrum, które rozciąga mięśnie ust w uśmiechu.

I ludzkie opowieści o czytaniu i nieczytaniu.


Lekcja trzecia
                                                       

W zasadzie nie przepadam za truskawkami. Owszem, są pierwsze. Owszem, są soczyste i aromatyczne. Owszem, zjem chętnie. Ale dotąd nie robiłem z nich przetworów. Aż w końcu zrobiłem. I przyniosłem nad Wisłę. Jeszcze ciepłe. Jedne same. inne z czereśniami. Dalej, z goździkiem. Z imbirem. Z limonką. I z pieprzem. Zajadali, aż miło.




 Zjedli wszystko. Nawet nie pytałem o orzechy, bo ciągle mieli gęby pełne truskawek. Ja zresztą  też.

Lekcja czwarta
                                                                                                       

Co chciałbym ocalić od pamiętania. Zdawałoby się, trudny temat. Nadeszła mocno starsza pani. Usiadła. 'Oj, prosze pana, dużo. I wojnę i Powstanie i komunę. Wolałabym nie pamiętać.' A po bez mała godzinie snucia opowieści dodała: 'No i wyciągnął mnie pan na wspomnienia. I pan tak tu siedzi i rozmawia z ludźmi? To bardzo miłe.' I poszła.

Lekcja piąta.
                                               

Spróbowałem. Razem z moją córką Dorotą, która przyniosła gitarę i smyczek. I pasję do muzycznych improwizacji.

Oba zdjęcia autorstwa Agaty Rubeńczyk, lat 6

 Szło nam świetnie, aż przyszła burza. Uciekliśmy na barkę. Nie tę dużą. Tę małą, co za nią. Mieszkalną. Z okienkami niemal na poziomie wody. Burza była fest. Światło na barce tyle, co z latarki i od błyskawic. Pod barką woda. Nad barką woda. Wokół barki woda. Wali, bębni, zacina. A my w środku. Chyba z 10 osób. Trochę straszno. Trochę groźnie. Siedzimy, patrzymy, gadamy. Jemy coś nawet. Atmosfera kompletnie odlotowa. A harmoszka przechodzi z rąk do rąk. Gra bez przerwy.

Lekcja szósta.
                                              

Moje notatki z wykładów Barbary Skargi


Eseje Barbary Skargi robią wrażenie. Bo mądre. Wybrałem ten, bo aktualny. Wszak obalamy granice na potęgę. Mur berliński. Shengen. Globalizacja. Kultura masowa. Nawet pandemia grypy.
I budujemy granice na ostro.  Mury na granicy meksykańskiej i izraelskiej. Romowie z Francji. Getta etniczne. Dość tej zgrai emigrantów. Obcy, choć sąsiad, i mu się nie kłaniam.
My to patrioci, a oni to zdrajcy. Komuniści. No i ci, wiadomo, co zawsze chcieli Polskę sprzedać. Jak Chrystus będzie królem Polski, to nie pozwoli.
Jako nie-historyk mogę sobie podumać, co by tu było w Warszawie, gdyby nie II wojna Światowa. Pewnie mieszkałoby w stolicy jakieś 2 miliony Polaków i milion Żydów.
No i wtedy wołanie o Chrystusa na króla. Z tą tabliczką I.N.R.I. To by było ciekawe. Przecież Stefan Batory też nie był Polakiem.
Najwięcej o granicach miała do powiedzenia młoda Rosjanka. Mówiła ładnie po polsku. Kiedyś tu mieszkała. Teraz przyjechała odwiedzić. Z zagranicy. Z Moskwy.

Lekcja siódma.

                                                  

Milczałem. Notowałem po cichu tych, którzy czytali dlaczego milczę.



 Niektórzy solidaryzowali się ze mną grzechocąc przez moment kamykami w plastikowej butelce. Ja z nimi współgrzechotałem. "Panie, daj pan spokój! Ja tu przyszedłem w ciszy posiedzieć." Powiedział jeden i poszedł. Nie przeczytał.

sobota, 26 lutego 2011

Wisła, Transform i ja

Nie to, żebym nie bywał nad Wisłą wcześniej. Owszem. Bywał-m. Pamiętam takie rzeczy jak Maristo, drewniany niby-basen zanurzony w nurcie gdzieś przy Cyplu Czerniakowskim. Pamiętam tor kolejowy ciągnący się od Dworca Gdańskiego nad samym brzegiem wzdłuż chyba całej Warszawy i długi rząd  wagonów towarowych. Tyle ich było, że przełaziliśmy pod nimi z rowerami by się dostać do rzeki, bo omijać ich się nie chciało. Nawet piaskarze ładujący swój urobek z kryp na konne platformy, takie same jak do węgla, kołaczą mi się gdzieś na dnie pamięci. Tłumy na plażach po praskiej stronie też oczywiście mam w oczach.
Potem, w późnych latach osiemdziesiątych przedarłem się przez krzaki nad brzeg na wysokości ul. Krasińskiego na Żoliborzu i zgroza zaatakowała mnie naocznie i smrodnie. To, co płynęło i wisiało na wiklinowych gałęziach nie podlega maksymie "człowiekiem jestem i nic co ludzkie....". Na szczęście czas robi swoje. Bywa, że oczyszcza.
W 2007 roku Stowarzyszenie STEP wdało się w akcję przywracania życia nadwiślańskim terenom. Najróżniejsze artystyczne poczynania i harce miały ośmielić Warszawiaków do bywania nad Wisłą.
Zachęcony, przyłączyłem się do tych działań i ja. Na początek poszły warsztaty eko - zrobiliśmy rzeźby - dwie siedzące postacie. Jedną z tektury zebranej pod okolicznymi sklepami, a drugą ze śmieci pozbieranych nad rzeką. Sporo było klejenia. Spore też zainteresowanie. Pracowaliśmy cały tydzień. Nieźle wyszło.



W następnym roku zaproponowałem do realizacji nad Wsłą dwa pomysły. Oba bardziej statyczne. Jeden na brzegu, a drugi w samym nurcie rzeki.

Twarzą do Wisły.
Postawię nad Wisłą mur, przeszkodę zasłaniającą przechodniom widok rzeki. Może w ten sposób sprowokuję przekornego człowieka do zajrzenia zań. To jedno.
Na murze uwieczniona będzie postać pisząca słowa "Twarzą do Wisły". To moja krytyczna  ocena naszych
prób oswajania rzeki. Ciągle nas od niej odgradza jakiś "mur". Musimy się za niego dostać na sam brzeg.
I tam zostać. Jak jedyni wierni rzece wędkarze, wpatrzeni nieruchomo i czujnie w jej nurt kryjący skarby złotej rybki.


Rybak
Projekt wynikający z poprzedniego. Zaintrygowany naturalną symbiozą wędkarza i rzeki, postanowiłem usłyszeć jej śpiew, zamieniając się w idealnego rybaka. Moja postać wykonana techniką taśmy klejącej spocznie w łódce zacumowanej nieopodal brzegu. Trzymana w ręku wędka będzie zaopatrzona w duży spławik, skonstruowany tak, by przepływająca w nurcie rzeki woda szarpała nim i żyłką długiej i cienkiej wędki. Na jej końcu zawisną "chińskie dzwonki", które potrząsane, zadźwięczą, mam nadzieję, mile dla ucha. A ja plastikowy będę słuchał i słuchał. Wy na brzegu też, prawda?


czwartek, 24 lutego 2011

Jo & MU


Joannę zwaliśmy wtedy Joachą, dla odróżnienia od Joanny Krzysztoń. Mieszkaliśmy z Joachą nieomal po sąsiedzku. Trzeba było jednak dopiero szalonych lat 70tych, by skrzyżowały się nasze drogi. W tamtych czasach, przez jej małe mieszkanko przy ul. Racławickiej, przewalała się cała teatralna alternatywa. Jasiński z Teatrem Stu, ludzie od Grotowskiego, od Barby, od Akademii Ruchu. Nawet Quatro Tablas z Peru. Bywałem i ja. Spotykałem różnych. Jacka Ostaszewskiego i Milosa Kurtisa. Tam poznałem Grześka Doktora. Tam też zwierzyłem się Joannie, po moim powrocie ze Stanów w 1974 roku, że chcę przejechać autostopem  Europę jak najdalej się da, czyli do Lizbony. A wracając zamierzam utkwić na winobraniu w Burgundii. W winnicy należącej do dziadka Claire. Świeżo poślubionej Markowi. Naszemu Markowi Prokopowi, przyjacielowi Tomka Rodowicza i Tadzia Klimczaka. A wszyscyśmy byli z ATKu. Oni bardziej od prof Gogacza, ja od dr. Cyborana.
A Joacha woła na to –zabierz  mnie ze sobą! Na co ja – nie ma sprawy. To samo powtórzyło się z Tadziem Urbaniakiem. No to będzie nas troje, zadecydowałem.
Nasz stop zaczął się w Paryżu. Tam dokonaliśmy najpierw zlotu gwiaździstego. Pierwszy przybyłem ja, bo trafiła się okazja. Jean, mąż Marysi /oczywiście Rodowicz/ musiał wracać z warszawskiego urlopu do pracy i mogłem się z nim zabrać. Buszowałem więc przez dwa tygodnie po Paryżu rowerem i boso, czekając na Tadzia, który miał nadciągnąć z Wiednia. Ale gdy okazało się, że Joacha przyjedzie pociągiem, postanowiliśmy spotkać się my dwaj w Nancy, odwiedzić tam przemiłą znajomą i  pojechać  stopem po Joachę na granicę niemiecko-francuską. A potem do Paryża. Taki był mus, bowiem oni nie mieli wizy portugalskiej i musieli ją zdobyć  we francuskiej stolicy. Zdobyli. To był rok 1974, sierpień, czyli zaledwie 4 miesiące po zwycięstwie „rewolucji goździków” i obaleniu Salazara. Portugalia była na maksa odchylona na lewo i faktycznie dało się to odczuć na granicy hiszpańsko-portugalskiej. Z jednej strony śmiesznie surowa guardia civil, a z drugiej na widok polskich paszportów uśmiech serdeczny, jak u Broniewskiego w” Magnitogorsku albo rozmowie z Janem”. Cóż oni biedni mogli wiedzić o gomułkowszczyźnie.


Ale zaraz, gdzie Jan, a gdzie Joacha? Ano, w końcu wylądowaliśmy na winobraniu. Nie, żeby wcześniej nic się nie działo. Było super, ale to na inny wpis. Na przykład o Rosi. Bo ją i Rolfa spotkaliśmy gdzieś pod Geroną. Wracali busem z Afryki.
Na winobraniu było świetnie, No może prawie, bo cały czas mżył deszcz. Na przełomie września i października rano temperatura sięgała nieco powyżej zera, a my w winnicy rżnęliśmy winne grona. Dziewczyny płakały z zimna. Ręce grabiały. „Porteur! Porteur!, wołaliśmy do tragarza i wrzucaliśmy mu do kosza na plecach, soczyście bolesną zawartość naszych kubełków.

Wieczorem, po pracy, przy obiedzie humory wracały wszystkim. No bo jak miały nie wracać, gdy w ciągu dwóch godzin pojawiało się na stole kolejnych sześć lub siedem pysznych dań. Butelki z winem krążyły, pieśni śpiewały się w wielu językach. Nacji było tam sporo. A nasza grupa doborowa – Tomek Tuszko z Dorotą Strynkiewicz, Tadzio Klimczak , Joacha i ja. Tadeusz Urbaniak złapał robotę nieopodal. No i Joacha wygrała ronkurs na najpiękniejsze stopy. Trochęśmy się na nią boczyli, bo wygrała ex equo z jakimś francuzikiem, co nie okazało się bez konsekwencji.
Jakiś czas potem, miłość do teatru alternatywnego zagnała ją z Polski do Peru – w gościnę do Quatro Tablas. Czas w Ameryce płynął tak wolno, że została tam jeszcze cały następny rok.
Wróciła, żeby wnet przepaść w Szwecji. Harowała tam i studiowała w Polsce, a żeby pokonać formalności przywdziała nazwisko szwedzko brzmiące. Ma je do dziś. Wreszcie, po latach wróciła. Jej przygód po drodze nie spiszę. Może nasz wspólny szwedzki epizodzik mógłby się pojawić we wpisie –„bracia Zalewscy”.  Pomyślę o tym. Ale nie teraz, bo nam się zupełnie Mu zagubi. A już jest tuż, tuż.
Murray’a spotkała Joanna we Wrocławiu, w czasach, gdy panował tam niepodzielnie Jerzy Grotowski. Murray Edmond, jako młody entuzjasta teatru, wyrwał się z Nowej Zelandi, by być tam, gdzie wtedy dział się teatr. Po wielu latach Joacha przypadkiem trafiła na jego ślad. Nawiązali kontakt i pomyśleli, że warto by się kiedyś znów spotkać, może wcześniej niż  za kolejnych dwadzieścia pięć lat. W efekcie Joanna po prostu kupiła bilet do Nowej Zelandii i poleciała. Mieszkają teraz w Auckland. Ona wpada tu zazwyczaj w lecie, żeby spotkać się z przyjaciółmi, nasycić festiwalami filmowymi i pożyć innym życiem, a Murray’owi też się to ostatnio zdarza.
Trzy lata temu wykradłem go Joannie na kilka dni, proponując wyprawę rowerową w moje ulubione okolice – na wschód. W planie była trasa Warszawa – Hajnówka – Białowieża – Krynki – Supraśl z teatrem „Wierszalin” – Białystok i pociągiem do stolicy.


 W Hajnówce zaplanowałem spotkanie z Jarkiem Perszko, czarodziejem rzeźby. Nasza peregrynacja zakończyła się przedwcześnie i dość dramatycznie. Murray miał kraksę w Hajnówce i odnowił się dawny uraz jego kolana, a na dodatek obaj struliśmy się pierogami w lokalnej gospodzie. Noc spędzona na działce u teścia Jarka należała do gatunku horror trawienny. Rano zadzwoniłem po pomoc do Warszawy i już po kilku godzinach wracaliśmy moim autem do Warszawy, pod troskliwym za kierownicą okiem Susełka – czytaj Marii Mostowskiej, zwanej przez niektórych Isią, a przez innych jeszcze panią Krysią, a nawet panią Tereską. Tak, tak, to materiał na inny znów wpis. Kto wie?
Wystarczyły wszakże trzy dni wspólnego rowerowania, by pojawił się dość bogaty  zapis fotograficzny podróży.

 Gdy przyniosłem wybrane zdjęcia w podarunku Murray’owi, ten wyciągnął w podarunku dla mnie swój zapis podróży – dwadzieścia kilka znakomitych haiku. Bo Murray jest też poetą. I to nie byle jakim. Połączyłem zdjęcia z poezją w małym tomiku. Pierwotnie zamierzałem zrobić dwa egzemplarze, ale ostatecznie zdecydowałem, że będzie tylko jedna unikalna książeczka. Natomiast każdorazowo, kiedy się spotkamy, lub przez posłańca – Joasię, będzie ona wędrować ode mnie do niego i vice versa. Chwilowo jest u mnie, przywieziona przez Mu w zeszłe wakacje, które spędzaliśmy częściowo razem w Sokołowsku.  Jo, Mu i ja. Bo oni tak do siebie mówią. Ładnie, prawda?


sobota, 19 lutego 2011

Popatrz

"Popatrz" - ten street-artowski projekt sięga roku 1977. Okres ów określa się nazwą "późny Gierek".
Z jednej strony smuta i beznadzieja codzienności. Z drugiej, po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie, klarowała się rozsądna opozycja. Działał już KOR. Represje władz wywoływały skutek odwrotny. Upewniały, że nie wolno poddawać się i ustępować.
"Popatrz" wpisywał się w tę sytuację. Był bardzo prostą akcją.
Wiedząc, że w Łodzi ma się odbywać festiwal teatralny w przestrzeni miejskiej, zapytałem Wojciecha Krukowskiego, szefa Akademii Ruchu, czy mógłbym w ramach ich działań zrobić swoje. Przystał na to i tak znalazłem się w Łodzi. Z kubłem wody w jednej ręce i gumową ścieraczką do mycia szyb w drugiej. Stałem na przystanku tramwajowym lub autobusowym od rana i czekałem aż przyjedzie "czternastka" lub "szóstka".


Wybierałem szybko "ofiarę" - najchętniej osobę mundurową albo mężczyznę w średnim wieku, kobietę, lub z braku innych , młodą osobę. Podchodziłem do okna, smarowałem mokrą szmatą prostokąt na wysokości twarzy i gumową wycieraczką przecierałem szybę do czysta.

 
Okna w tramwajach i autobusach były wtedy wystarczająco brudne, by efekt zaskakiwał. Nic nie wyjaśniałem, nie robiłem min. Zostawiałem czyste okienko przed oczyma i odchodziłem.
Szybko ujawniła się pewna prawidłowość psychologiczna. Obecność na przystanku długowłosego i brodatego cudaka z kubłem w ręku wywoływała natychmiastowe zainteresowanie podróżnych. Nawet tych starszych płci męskiej. Natomiast moment, w którym delikwent orientował się, że ku niemu zmierzam, zawsze wygaszał tę ciekawość. Smarowałem więc i wycierałem szybę przed nosem owego pana, a on tkwił bez ruchu, odwrócony profilem, z zaciętym wyrazem twarzy znaczącym - nie dam się wciągnąć w żadne prowokacje. Paniom zdarzało się uśmiechać albo dziękować skinieniem głowy. Uroczo zachował się pewien motorniczy, czekając cierpliwie, aż skończę całą operację, mimo, że wszyscy pasażerowie dawno już wsiedli. Zadzwonił na koniec wesoło dwa razy i odjechał.
Niewiele zostało dokumentacji z tej akcji, choć krótki film znalazł się w materiałach archiwalnych Akademii Ruchu i jest przywoływany przez Wojciecha Krukowskiego przy różnych okazjach.



piątek, 18 lutego 2011

Zdjęcia uroczyste

Zdjęcia uroczyste miały być alternatywą dla zdjęć ślubnych. Sporo było i innych elementów odmiennych od tradycji w tym sakramentalnym wydarzeniu. Nasze stroje zupełnie nie kościołowe. Ewa w granatowej sukience w białe groszki, ja w jasnoniebieskich dżinsach i białej indyjskiej koszulce. Żadnego wesela. Odjazd prawie natychmiast spod kościoła starym busem VW ze mną w roli kierowcy.
Dwa tygodnie później zaprosiliśmy gości na "zdjęcia uroczyste". Postanowiłem fotografować przybyłych co 15 minut przez 2 godziny na tle okien Galerii Współczesnej. Tego kultowego przybytku sztuki prowadzonego wtenczas  przez Janusza Boguckiego.
Goście raczyli się w środku poranną kawą i ploteczkami, a ja co kwadrans wyganiałem ich na zewnątrz i notowaliśmy aktualną frekwencję na kliszy fotograficznej. Powstało w ten sposób 8 zdjęć. Pierwsze o 10.15, ostatnie o 12.00. Nie wszystkie postacie jestem dziś w stanie przywołać z pamięci, ale pracuję nad tym. Jeśli popełniam jakieś pomyłki, pouczony - dokonam korekty niezwłocznie.


Zdjęcie 1. Godzina 10.15
Od lewej: Janusz Bąkowski, Krystian Piękoś, Ewa i Jacek Bąkowscy, Maria Bąkowska, parasolka.


Zdjęcie 2. Godzina 10.30
Od lewej: Krystian Piękoś, Anna Gwarek, Marek Dąbrowski, Jacek i Ewa, Maria Bąkowska, Janusz Bąkowski, Wiesław Kowalewski.


Zdjęcie 3, Godzina 10.45
Od lewej: Krystian Piękoś, Anna Gwarek, Wojciech Gwarek, Barbara Kowalewska, Ewa i Jacek, Krzysztof Wojciechowski, Marek Dąbrowski, Wiesław Kowalewski.


Zdjęcie 4. Godzina 11.00
Od lewej: Wiesław Kowalewski, Tomasz Tuszko, Krzysztof Nowicki, Marek Dąbrowski, kucająca Barbara Kazimierska, jej papieros, Witold Tuszko, Jagoda Przybylak, Krzysztof Wodiczko, Krystian Piękoś, Jacek i Ewa, Krzysztof Bąkowski, Tomasz Bielecki.


Zdjęcie 5. Godzina 11.15
Od lewej: Wiesław Kowalewski, Krystian Piękoś Anna i Wojtek Gwarek, Jacek i Ewa, Barbara Kowalewska, Lidia Bielecka, Maria Bąkowska, Irena Badowska - Buczek, Krzysztof Buczek, Marek Dąbrowski.


Zdjęcie 6. Godzina 11.30
Od lewej: Wiesław Kowalewski, Tadeusz Klimczak, Aldona Klimczak - Jabłońska, nad nimi Witold Tuszko, Tomasz Tuszko, Iga Rodowicz, Ewa i Jacek, Krzysztof Wojciechowski, Janusz Bąkowski, Teresa Malinowska - Cyboran, Marek Słowikowski, Piotr Rodowicz.


Zdjęcie 7. Godzina 11.45
Od lewej: Marek Dąbrowski, Barbara Kazimierska, Wiesław Kowalewski, nad nim Krzysztof Nowicki, Anna i Wojciech Gwarek, niżej pani NN, wyżej Witold Tuszko, jego ciemne okulary, niżej Jagoda Przybylak, Krzysztof Wodiczko, Tomasz Tuszko, Teresa Malinowska - Cyboran, Ewa i Jacek, niżej Roman Żyła, nad nim Krzysztof Wojciechowski, Aldona Klimczak - Jabłońska, niżej Tadeusz Klimczak, Marek Słowikowski, Iga Rodowicz, Piotr Rodowicz ze zdjęciem Hanki, Janusz Bąkowski.

                                    

Zdjęcie 8. Godzina 12.00
Od lewej: Wiesław Kowalewski, "Wuj" Henryk Fronczak, Marek Nidecki, Krystian Piękoś, Aldona i Tadeusz Klimczak, Ewa i Jacek, Witold Tuszko, Iga dusi Tomasza Rodowicza, Dorota Strynkiewicz, Tomasz Tuszko, Joanna Ostrowska duszona przez męża NN, Marek Słowikowski dzwiga Piotra Rodowicza, a ten zdjęcie Hanki.

 
Aby zamówić w drukarni zaproszenie na tę uroczystość, musiałem tekst zanieść najpierw do słynnego Urzędu Kontroli Prasy i Widowisk na ul. Mysią. Tam uzyskałem zgodę na piśmie. Bez niej nic nie wolno było drukować oficjalnie.Takie to były czasy.
















czwartek, 17 lutego 2011

Mistrz

Mistrz. To słowo domaga się liczby pojedynczej. Zgody z zasadą apofatyki. Jak stopień najwyższy przymiotnika. Może być tylko jeden. Może niekoniecznie w dziejach ludzkości. Tam jest inaczej. Rzucam okiem na półkę i czytam Eugene Fromentin – Mistrzowie dawni.
Ale do mnie samego przychodzili pojedynczo. Albo raczej pojawiali się. W różnych okresach życia. Dziś widzę, że zawsze wtedy, gdy byli bardzo potrzebni.
Widok samego siebie samego na zdjęciu ze szkoły średniej do dziś potwierdza ten sam dramat. Bezradność i niewyraźność postaci w której środku kłębiło się od nienazwanych pragnień, niewyklutych możliwości, wzajem podsycających się napięć. Ból i męka bezkształtnego nastolatka. Totalny brak pewności siebie. Mdłości.

Takim też musiał mnie postrzegać nasz wychowawca w liceum. Stanisław Nyrkowski alias Pingwin alias Makaron. Mały, korpulentny, impulsywny. Uczył polskiego czyli głównie polskiej literatury. Klasa była czysto męska, jak i całe liceum. Jeszcze wtedy Świerszcz, czyli Świerczewski, potem Modzelewski, aż wreszcie, już po mnie, Goethe. Do dziś.
Makaron był cholerykiem. Usprawiedliwiał swą wybuchowość domniemaną włoską babką. Krótko mówiąc lał nas bezlitośnie w chwilach braku skuteczności perswazji słownej. Dopadał opornego delikwenta i bez względu na jego wzrost, chwytał jedną ręką za kołnierz, drugą za pasek z tyłu spodni i podskakując, bo nie dosięgał, kopał go kolanem w tyłek i tak wyprowadzał z klasy z okrzykiem – po matkę.
                                   
 Składał tym hasłem oczywiście hołd wiekowi dziewiętnastemu, w którym się urodził, wiekowi kolejnych przegranych powstań narodowych, zbierających żniwo wśród męskiej części społeczeństwa. To na matkach – wdowach pozostawał obowiązek wychowania patriotycznego synów do następnego beznadziejnego zrywu.
A tu co? Trzydziestu paru okropnych nastolatków z początku okropnych lat 60ych siedzi naprzeciw niego – Makarona, który właśnie wszedł do klasy. Stanął. Popatrzył na nas przenikliwie i rzecze – Wasze gęby cegłą by trzeba szlifować. Wam tylko kiełbacha w głowie, a ja wam przyszedłem Norwida wykładać.
I wykładał. I cóż z tego, że i mnie zdarzało się wracać do domu „po matkę” z podrapaną szyją i podartą na plecach koszulą. Cóż z tego, że we czterech, za karę, musieliśmy wiórkować parkiet  w jego prywatnym mieszkaniu? Cóż z tego, jeśli w zamian ujrzeliśmy na własne oczy pasję prawdziwego humanisty. Rzeczywistą, wielką – bibliofilską. Usłyszeliśmy opowieści o białych krukach i cymeliach. Dotknąć mogliśmy grzbietów w skórę oprawnych ksiąg na pergaminie pisanych, zajrzeć do wielkiego zbioru sataników, stanąć przed oryginalnym obrazem Wyspiańskiego, obejrzeć prawdziwe zaproszenie do” Zielonego Balonika”. Zakołowało się w głowie od ogromu tej pasji do świata kultury. I był ów dom długo jeszcze po maturze miejscem spotkań, rozmów i uniesień intelektualnych. Tym większych, że wzbogaconych urokiem, niezwykłą urodą i wdziękiem Jasi, małżonki Makarona, takoż polonistki.

Były też lata 70te, nabrzmiewające kontestacją, wojowaniem o tolerancję, fascynujące teatrem alternatywnym i sztuką konceptualną. Nade wszystko zaś muzyką. Studiowaliśmy filozofię. Nasza hardość, granicząca czasem z arogancją, objawiała się między innymi niedbałym stosunkiem do kanaonu zgłębianej przez nas nauki. Przywołam anegdotę. Oddając nam nasze prace semestralne prof.Mieczysław Gogacz zapytał mego przyjaciela, Tomka Tuszko – panie Tomaszu, dlaczego nie ujawniacie tego potencjału, który w was tkwi? A Tomek z właściwą naszemu pokoleniu delikatnością odrzekł /przecież nie cytuję dokładnie/: „bo nas tomizm nie aż tak interesuje.” Tu, zamiast natychmiast dostać liniałem po łapie usłyszał nowe pytanie: „a co was intetesuje bardziej?
 No wschód, Indie, te rzeczy,” sprecyzował Tomasz.
W wyniku /pewnie nie tylko/ tej rozmowy, dwa tygodnie później zatrudniony został na Wydziale Historii Filozofii Chrześcijańskiej dr. Leon Cyboran, indolog.

 Wokół niego skupiła się grupa ok. 15 osób, między innymi i ja. Przyjęliśmy z radością zmianę, a właściwie rozszerzenie zadań. Teraz, obok studiowania wers po wersie „De Ente et Essentia” Św. Tomasza, ślęczeliśmy z zapałem nad Jogasutrami mistrza Patańdżalego.  Czym nas Leon obdarował? Radością zgłębiania wiedzy na pewno. Pokorą w tej pracy? Ano, przybiegam raz do niego, do pracowni na Strzeleckiej, z rewelacją na którą wpadłem przedzierając się przez sanskrycki tekst. Ot, przyszło mi coś do głowy i chciałem się zaraz tym podzielić. Leon posłuchał mnie uważnie, przyznał, że nie dopatruje się tego, co ja widzę, po czym zaczął wertować uważnie wielki słownik sanskrycko – angielski. Widzisz – mówi, tu też nic o tym nie mówią, ale zaczekaj... Wstał, przystawił drabinkę do regału, wdrapał się na nią, wyszukał na górnej półce inne źródło pisane, zlazł, przekartkował je w odpowiednim miejscu i dodał, „tu też o tym nie wspominają”. Została mi ta lekcja pokory na resztę życia.
Leon wyprawiał się kilkakrotnie do Indii. Był wszak także praktykiem – „wyznawcą” jogi. Po pierwszym roku naszej naukowej relacji Mistrz – uczeń uzyskałem urlop i poleciałem do Nowego Jorku. Tam pracując jako windziarz w fabryce w Brooklynie, siedziałem w wolnych chwilach na pudłach kartonowych i wypisywałem na nich alfabetem devanagari ćwiczenia z sanskrytu.


Albo, dla odmiany czytałem rozmowy z Jidu Krishnamurtim – nakupiłem sobie tych książek całą furę w cudnej księgarni w Greenwich Village. Właśnie tego autora zasugerował mi listownie Leon jako temat pracy magisterskiej.
Najmilsze wszak były nasze plany jeszcze sprzed wyjazdu. Otóż, ukartowaliśmy z Leonem, że w następne wakacje spotkamy się w Indiach. On, z Polski a ja, przez Stany, dookoła świata mieliśmy tam dotrzeć. Dostałem od niego listę adresów i rekomendacji. Pod każdym miałem się na doktora Cyborana powołać by uzyskać gościnę. Został mi ten notes jako kolorowa pamiątka tamtych czasów.

Świata wtedy nie objechałem. Wróciłem wczwśniej i w ramach indywidualnego toku studiów zgłębiałem dalej mądrość Indii.
Wspominam również z podziwem spotkanie, za sprawą Leona, z wielkim muzykiem Konstantym Regameyem. On także był indologiem i na zaproszenie Leona przyjechał do Warszawy. Przyszedł na nasze zajęcia i oto na naszych oczach odbyła się dysputa mistrzów w kwestii terminów występujących w „Jogasutrach‘ i subtelnych odcieni ich znaczeń. Byliśmy pod wrażeniem.
Leon zginął tragicznie niedługo po naszym ukończeniu studiów. Nie zostałem indologiem ani krishnamurtystą. Nie byłem w Indiach.  Niewiele pamiętam już z sanskrytu. Czuję wszak wiele czułej wdzięczności do Leona Cyborana za to, że tak swobodnie i „na ty” przybliżył nas do spraw najpoważniejszych. Nie tyle namieszał, co pomógł poukładać nam w głowach. Był niezłą poręczą w czasach tamtego zamętu.

Kiedy zaczynasz studia filozoficzne, to prędzej czy później dopada cię pytanie - no dobrze, ale z czego ja będę żył? Odpowiedź znalazłem już pod koniec drugiego semestru. Przecież to jasne. Zostanę pszczelarzem. Poszukam gdzieś pod Lublinem proboszcza, który zna się na pszczołach, ukłonię mu się i poproszę, żeby nauczył bartnictwa biednego studenta z ATK. Powołam się przy tym na nauczania Św. Tomasza. W dzień będę pobierał nauki w pasiece, a wieczorem, przy wiśniówce będziemy sobie gwarzyć z proboszczem o Świętym Anzelmie albo Bonawenturze.
Oczywiście zwierzyłem się z tych planów Tomkowi, a on zaraz przyniósł mi nowinę, że na wyższym roku jest taki student, co też chce być pszczelarzem. Tak poznałem Tomka Rodowicza. I okazało się, że nie musimy szukać żadnego proboszcza. Przyjaciel jego dziadka miał pasiekę na Mazurach i rozglądał się za jakimiś pomocnikami "bo go nogi już tak nie nosiły". Tak poznałem Henryka Fronczaka zwanego "Wujem". I oniemiałem. Z wrażenia. Fakty, które pojawiały się w barwnych opowieściach i anegdotach składały się na niebywałą całość. Uczestnik wojny z 1920 r. i kampanii wrześniowej, powstaniec z 1944, kapitan żeglugi morskiej kształcony i dyplomowany osobiście przez legendarnego gen. Mariusza Zaruskiego, PPS-owiec z krwi i kości, wioślarz - olimpijczyk z Paryża, motorowodniak i wreszcie pszczelarz.
Wiele godzin przyszło nam spędzać razem w maleńkiej pracowni w pasiece. Opowieści Wuja przeplatane były podśpiewywaniem i pogwizdywaniem, zgodnie z mądrością Mistrza Nachmana z Bracławia - "Wyrób w sobie nawyk podśpiewywania. Dzięki niemu nabierzesz pogody ducha".
 
Wuj nie znał Nachmana, ale uczony jeszcze w carskiej szkole cytował piosenkę z filmu "Świat się śmieje" - "bo kto s piesniej po żizni szagajet, tot nikagda i nigdzie nie prapadziot."
Anegdoty Wuja dzieliły się na wojskowo-wojenne i cywilne. Wojskowe, najczęściej dramatyczne, miały swój stały happy end - "...a potem zrobiliśmy jajecznicę".Te cywilne kończyły się radośnie - "...a potem poszliśmy na lody".
W tych barwnych powiastkach przewijały się przed nami dzieje Polski, typy i charaktery ludzkie, wydarzenia polityczne i przygody Henia Fronczaka. Przywołam jedną: "Osaczyliśmy raz Moskala na drzewie. Był nieduży, skośnooki. Ot, strzelec wyborowy. Wołamy do niego: słazi. A on - "niet, nie sajdu." No to wrzeszczymy - "Słazi, a to ubijom." A on do nas - "Nie sajdu. Kamuna pasadziła, kamuna snimiot."
Czego nas Henryk Fronczak nauczył? Oczywiście sporo historii, trochę psychologii, niemało etyki rycerskiej, nade wszystko zaś metodologii pracy.


 Bo Henio pszczelarzem był znakomitym. Stawał przy ulu, dmuchał podkurzaczem w oczko i tłumaczył - "Tomek, to jest tak jakbyś robił operację. Otwierasz ul i wykonujesz tylko potrzebne ruchy. W jak najkrótszym czasie robisz wszystko, co należy. Bez żadnego pośpiechu. Z opanowaniem, uważnie, celowo. Rozumiesz?" Nie czas było przy tym na walkę z rozzłoszczonymi pszczołami. Niekiedy udawało się jakąś uprzedzić we włosach zanim zdołała użądlić. Ale Wuj, pochylając się nad ulem mówił tylko.  "Łazi mi jakaś po plecach" a za chwilę dodawał "Cholera, ale mi dała" i ani na moment nie przerywał pracy.
Wuj palił i choć bardzo chciał, nie potrafił się oduczyć. Oddawał nam swoje "Klubowe" i kazał sobie wydzielać. Byliśmy okrutnie konsekwentni.


 Prosił też, by w przyszłości podrzucać mu przy okazji jednego "klubowego" na jego grób. Nie wywiązuję się z tego poprawnie, ale wędrując przez Powązki do moich bliskich mijam po drodze Henia i krzyczę głośno "Czołem Wuju!" I słyszę jak Henio pogwizduje. A może to kos. Tyle ich tam lata.