piątek, 17 kwietnia 2015

Warszawa przed wojną

 
Z niemałą dozą niepewności anonsuję nowy pomysł, który przyszedł mi do głowy pod koniec lutego. Niemal natychmiast rzuciłem się do realizacji. Idzie opornie, ale idzie. Niepewność wynika z jego kontrowersyjności. Postanowiłem bowiem robić krótkie filmiki na ulicach Warszawy, podobne do tych nielicznych przedwojennych ruchomych obrazów ze Stolicy. Oglądając tamte, sprzed wojny, zawsze myślę o nieuchronności losu utrwalonych na nich ludzi. Teraz, notując kamerą codzienność i montując te obrazy, przeżywam bardzo świadomie naszą niewiedzę jutra. Cieszyłem się do niedawna przekonaniem, że uda mi się przeżyć całe swoje życie bez doświadczenia wojny. Pokój dla naszego pokolenia był do niedawna stanem oczywisty. Porobiło się tak, że przestał. Bardzo mi się to nie podoba. Zastanawiam się jak mógłbym się przyczynić do jego zachowania. Nie przypuszczałem, że będę też rozmyślał, co zrobię, jeśli go zabraknie. Mój projekt jest świadomą reakcją na tę sytuację.
Wyślę serię krótkich filmów hen, w chmurę, ale drugą kopię, wrzucę na pendrive'a  i powierzę do zbunkrowania Przyjaciołom na Antypodach. Bez względu na bieg wypadków poproszę, by filmy te znalazły się w Warszawie za 50 lat. Chciałbym, by wtedy udało się komuś rzucić na nie okiem z zainteresowaniem. A będzie świadomy tego, co się tu przez owe 50 lat działo. Oby tytuł mojej pracy był tylko konceptualnym pomysłem.
Z materią techniczną tego projektu zmagam się nieustannie. Kręcę po amatorsku, montuję po amatorsku na prymitywnym programie, ledwie dając sobie radę z wierzganiem starego komputera. Prę jednak do przodu z zapamiętaniem. Będę kręcił co jakiś czas pewnie do jesieni, wrzucając dorobek do E-wora. Z dużym przekonaniem chcę ten projekt kontynuować więc otwarty jestem na każdy komentarz.
Ponieważ filmy nie mieszczą się pojemnością na blogu, będę je wrzucał na Facebook i Youtube. Tyle potrafię.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Sursum corda


                      

Ucząc uczniów pisania, do znudzenia tłuczemy rozprawki jedno i dwuargumentowe. Najważniejsze, żeby zgrabnie sformułować tezę - tłumaczę.
Tak, jak to na przykład zrobił w pierwszym ze swoich "Wykładów amerykańskich" Italo Calvino.
"Poświęcę ten mój pierwszy wykład opozycji lekkości i ciężaru i przedstawię argumenty na rzecz lekkości. Nie znaczy to, że argumenty na rzecz ciężaru uznaję za mniej przekonujące, sądzę tylko że więcej mam do powiedzenia na temat lekkości."

                           

A ja mam więcej do posłuchania, poczytania, poszukania lekkości w sobie i wokół siebie w najróżniejszych jej przejawach. Tak dobrze wszak, czuć się lekuchnym i w głowie i w nogach. Przemierzać świat bez trudu żadnego, jak w dobrym śnie, jak w siedmiomilowych butach, ignorując w znacznym stopniu grawitację i to głównie stanem ducha i umysłu.

                               

Ach, rozmarzyłem się. Ale nie traćmy nadziei. Przywodzę na myśl sposób, w jaki niektórzy potrafią się porozumiewać. Nawet, gdy mówią o sprawach poważnych, potrafią nadać temu lżejszą formę, ozdobić wypowiedź uśmiechem, a choćby timbrem głosu wyrazić dystans do twardej rzeczywistości.                         

Najdrobniejszy przejaw takiej postawy powinien być dostrzegany, odczytywany i upowszechniany, bowiem w dzisiejszym świecie wydaje się niezbędny jak świeże powietrze.

                                              

Przywołuje Calvino literackie wzory lekkości i pięknie je przedstawia, a ja karmię się ową strawą, doceniając jej wartości odżywcze.

                     

Dzielmy się lekkością, zarażajmy się nią nawzajem, bo to dobra zaraza.