wtorek, 17 lipca 2018

Osiemnasty Experyment



Osiemnasta edycja Festiwalu Sztuki - Experyment w Zbąszyniu była dziewiątym moim w w tym wydarzeniu uczestnictwem. Pojechaliśmy tam we dwoje, z Dorotą, która też kolejny raz brała w nim udział.Zawieźliśmy dwie propozycje - warsztaty "Z prochu w proch" i wykład o sztuce ilustrowany zapisami filmowymi i dźwiękowymi poczynań artystycznych trzech pokoleń naszej rodziny. Program zrealizowaliśmy pomyślnie.

Ale nie dla prezentowania wyłącznie własnych prac jedzie się do Zbąszynia. Spotyka się tam artystów z różnych stron świata, przygląda ich twórczym poczynaniom, nawiązuje serdeczne relacje i wymienia co dzień uśmiechy, co jest bardzo miłe.

Los sprawił, że domek na kempingu dzieliłem z Ra Kajol'em, artystą z Bangladeszu, mieszkającym od lat w Kopenhadze ze swą duńską żoną. Od pierwszej z nim rozmowy zdałem sobie sprawę, że mam do czynienia z człowiekiem o niezwykle jasnym, pogodnym wnętrzu, wrażliwym na świat i nasze w nim miejsce. Jego radosne, kolorowe malowanie na szkolnym boisku, wsparte siłami młodych wolontariuszy, zwieńczone zostało uroczystym finałem w obecności ambasadora Bangladeszu.

                                       

                                       

                                                 

                                                    

                                                  

Równie intensywnie pracował przez cały tydzień Andrzej Michalik, profesor łódzkiej ASP. Zamieszkały we wsi nieodległej od dawnych stanowisk smolarzy, z ich niegdysiejszego znoju czerpie inspiracje do niektórych swoich projektów, a ten zrealizowany w Zbąszyniu jest znakomitym tego przykładem. Nie przeczuwałem nawet, że nasza rozmowa o wertykalnym porządku ludzkich poczynań i wspominanie Stanisława Vincenza takie znakomite znajdzie w andrzejowej realizacji zobrazowanie.

                                                      

                                                       

Macieja Bogdanowicza "Ogrody rozkoszy" zaskoczyły barwną perwersją, wypełniającą całą przestrzeń sali. Jego wcześniejsze prace, precyzyjne, formalnie oszczędne i intelektualnie wyrafinowane, ustąpiły tym razem miejsca surrealistycznym fantazjom. Bardzo to ożywcza odmiana, nieskrępowanemu roześmianiu się bliska.
                                     
                                                

                                                

Nasze przygotowania do warsztatu "Z prochu w proch", choć wiele już lat minęło od jego premiery w Kazimierzu nad Wisłą, zainspirowanej przez Mariusza Kujtkowskiego, były jednakowo świeżym doświadczeniem odkrywania palety barw ziemnego prochu. Spora grupa uczestników z zapałem, na kolanach tworzyła obraz swojego świata, by z radością zamieniać go w chmurę pyłu przywróconego ziemi.
                                      
                                                    

                                                    

                                                     

                                                    

Były też subtelne mozaiki Joanny Hanć wklejane w mieście i na wsiach, była kaligrafia w dużym wymiarze, pisana przez Mirosława Gugałę i były murale na ścianach wiejskich budynków. Były koncerty muzyk różnych, teatry i taniec.
                                           
                                                     

                                                      

Niezmiernie interesującą okazała się akcja Galerii Obwoźnej, czyli nawiedzanie domostw wiejskich przez obrazy i rzeźby w asyście ich twórców. Rozmowy były i pytania, a miarą sukcesu niech będzie relacja Andrzeja Michalika. Przywiózł oto swój oszczędny, grafikopodobny obraz, który stanął na stole gospodarzy oparty o ścianę, pod wiszącym na niej krucyfiksem. Następnego dnia autor pojawił się po odbiór dzieła i zastał swój obraz wiszący w miejscu zdjętego ze ściany krzyża.
A wszystko to działo się za sprawą Kasi i Irka Solarków, twórców i organizatorów Experymentu.
                                        

wtorek, 3 lipca 2018

Waldek


Poznaliśmy się na podwórku, zaprzyjaźniliśmy w pierwszej klasie. Mieszkaliśmy w tym samym bloku. Na jego klatce schodowej idea budownictwa zintegrowanego, która przyświecała warszawskiej spółdzielczości mieszkaniowej, reprezentowana była najwyraźniej. Na parterze mieszkał profesor Marian Wnuk, dziekan Wydziału Rzeźby ASP, a na trzecim piętrze rodzice Waldka, tata - tramwajarz i niepracująca zawodowo, cicha i zabiegana mama. Młodszy brat Waldka, Marek, znany był na podwórku jako Pestka.

Szkołę też mieliśmy nie byle jaką. Zaprojektowana w 1934 roku przez architekta Juliusza Żórawskiego, po wojnie mieściła, zgodnie z jego założeniem, dwie jednostki edukacyjne - naszą podstawówkę nr 121 i tą drugą - 78. Ciekawy modernistyczny budynek przy ulicy Różanej, był podzielony jakąś kratą, by młodzież się nie mieszała. Oczywiście w naszym odczuciu, nawet jeśli my nie byliśmy lepsi, to oni na pewno gorsi.

Połączyła mnie z Waldkiem wspólna klasa. Chodziło do niej jeszcze kilkoro dzieciaków z podwórka, a wśród nich Stasiek i Marysia, bardzo zaniedbane bliźniaki z wielodzietnej rodziny. Waldek okazał się od początku talentem w kaligrafowaniu. Pisał najpiękniej z całej klasy i nie ukrywam, że trochę mu tej sprawności zazdrościłem.

Godziny spędzane w szkole były jednak typowym nudnawym obowiązkiem z jednym wyjątkiem. Nauczycielka muzyki, pani Wodke, zapisała się w mojej pamięci jako postać szalona, może najbliższa Bubulinie z Greka Zorby. Niemłoda, przesadnie umalowana, ćwiczyła z nami solfeż, śpiewała piosenki i była wulkanem energii.

A Waldek pisał pięknie. Na podwórku za to nie odstawał od reszty małych łobuziaków. Banda, w której przyszło mi spędzić kilka lat mojego młodziutkiego życia, była pewnie dość typowa dla tamtych czasów. Wychowani w ruinach miasta, sami organizowaliśmy sobie zabawy. Poza klasyką "w chowanego", graliśmy też na przykład w getto, rzucając pieniążki jak najbliżej linii, nad którą wyrysowana była malutka bramka - owo getto. Wrzucenie tam pieniążka oznaczało przejęcie wszystkich monet. I Waldek świetnie sobie radził we wszystkich tych zabawach i w łażeniu po dachach naszych budynków i po piwnicach zrujnowanych domów. Słabiej szło mu w szkole. Już w czwartej klasie jego promocja była wątpliwa. W piątej utknął na dobre i nigdy nie posunął się dalej.

Wypisałem się z podwórkowej bandy, wystygła przyjaźń z Waldkiem. Z czasem wyprowadziłem się na Ursynów, by odchować trójkę własnych dzieci. Odwiedzałem często rodziców na Mokotowie i spotykałem Waldka. Tkwił w gromadce innych "nieprzystosowanych" pod lokalnym sklepem i wymienialiśmy syboliczne "Cześć", gdy go mijałem. Potem zobaczyłem, że jego mama, już dobrze po czterdziestce, jest w ciąży. Urodziła dziewczynkę, płowowłosą chudzinę. Przyglądałem się jak rośnie i kiedy zaczęła myśleć po swojemu, postawiła na "dzieci - kwiaty", ich późną wersję z lat dziewięćdziesiątych. Nagle znikła mi z oczu i dowiedziałem się niebawem, że zabrały ją narkotyki.

A Waldek żył i żył, choć dbał o siebie coraz mniej. W końcu i on zniknął. Rozpuścił się w alkoholu. I zdarzyło się, że myłem swojego Fiacika na podwórku za domem, gdy nieopodal zebrała się grupka jego kolegów. mieli jedno wino i po odkorkowaniu butelki usłyszałem taki dialog: - dobra, to jak pijemy? Jak to jak? Normalnie. Na łyki. Wypili, po czym jeden z gromadki podszedł do mnie i wyznał - sam widziałeś, jedno wino na pięciu ludzi. Dorzucił byś się do drugiej flaszki. Przecież jesteśmy sąsiedzi od zawsze. Zgoda, jesteśmy - odrzekłem - ale gdzie się podział Waldek? Dlaczego go tu nie ma? Umarł - odparł koleś melancholijnie. Zapił się. Jak leżal w trumnie, to był taki malutki. Tu pokazał gestem obu dłoni, jaki był Waldek. No właśnie - podchwyciłem - to był mój przyjaciel z dzieciństwa i wykończył go alkohol. Dlatego na winko nic nie daję. Nigdy i nikomu. No co ty - zaprotestował gościu - Waldek się przekręcił, ale on pił borygo.

Dla niewtajemniczonych, borygo to płyn do chłodnic samochodowych na bazie alkoholu.

wtorek, 19 czerwca 2018

Kiedy byłem

Rozmawiając z ludźmi, przywołuję czasem różne wspomnienia, jeśli w moim mniemaniu ubarwiają, ilustrują lub uzupełniają temat. Na okoliczność rozmów z uczniami, którzy uparcie tkwią w przypisanym szkole licealnej wieku, anonsując anegdotę powiadam, że jak człowiek długo żyje, to różne rzecz pamięta. Rzadko posługuję się opowieścią z drugiej ręki, mając spory zasób własnego materiału. Gdy pojawia się zatem stosowna okazja, pada takie na przykład zdanie:
- kiedy byłem dokerem w Helsingborgu...
- kiedy hodowałem pszczoły na Mazurach...

                          
 
- kiedy robiłem witraże w Australii...
- kiedyś, gdy sortowałem cebulki gladioli w Haarlemie...
- na winobraniu w Burgundii... 
 
                
 
- kiedy rano otwierałem kwiaciarnię na Powiślu...
- jak mnie postanowili deportować z Holandii...
- kiedy byłem windziarzem w Brooklynie
 

 
-zwiedzałem kiedyś niezwykłe muzeum pod Filadelfią...
- kiedy drugi raz jechałem autostopem do Lizbony...

                        
 
na czym nie kończą się bynajmniej moje zasoby.
Otóż na przemiłej imprezie szkolnej kadry też zdarzyło mi się przywołać opowieść z dawnych lat. Musiała się ona zacząć tradycyjnie - kiedy w 1968 roku mój ojciec pływał kajakiem po fiordach Patagonii i Cieśninie Magellana..., na co Marcin, nasz przemiły "pan od geografii" zaśmiał się i skomentował - no właśnie, to cały Jacek. Początkowo sądziliśmy, że on to wszystko zmyśla, te wszystkie jak byłem, jak widziałem.
Trochę mi ten komentarz dał do myślenia, że może za często rozwiązuję węzełek z pamięcią. Ale opowieść dokończyłem. Tak było w sobotę. W poniedziałek rano mamy godzinne okienko w zajęciach. Poszedłem zatem do biblioteki i sięgnąłem po przypadkową książkę. Po kilku stronach jej bohater wyznał, że będąc ubogim początkującym pisarzem praktykującym w barcelońskiej gazecie, mieszkał w podłym hoteliku na rogu wąskiej uliczki i rua Princessa, a widok tamtej okolicy był istotnym tłem wydarzeń.
Otóż jak byliśmy z Martą w Barcelonie w 1997 roku, to spędziliśmy w podłym hoteliku na rua Princessa pięć nocy. Widok na okolicę potwierdzam.






sobota, 9 września 2017



Eligiusz

                     


Zadzwonił onegdaj domofon. Niespodziewanie zupełnie. Ulotki, pomyślałem. Elek, usłyszałem. Owszem, 50 lat temu nie zdziwiłbym się, bo wpadaliśmy do siebie często jako, że mieszkaliśmy po sąsiedzku. Jak już wielokrotnie wspominałem na blogu, łączyła nas więź przyjacielska przez ładnych parę lat. I oto dzwonek do drzwi.

Spędziliśmy następne trzy kwadranse rozmawiając o wczoraj i dziś. Nie widzieliśmy się przez ponad 20 lat. Zaskoczyło mnie jak trafnie Elek formułuje opinie, jak prosto i jasno komentuje interesujące nas sprawy. Bardzo mnie ta wizyta uradowała. Faktycznie, w tamtych latach nasza przyjaźń wynikła z faktu, że obaj nie mieliśmy wewnętrznej zgody na eskalację brutalności i niemoralnych postaw hersztów naszej podwórkowej bandy. We dwóch zwekslowaliśmy na boczny tor i rozpoczęliśmy wspólną podróż. Dosłownie, bowiem, jak już pisałem, staliśmy się notorycznymi obserwatorami zmian, zachodzących w naszym mieście. Jest początek lat sześćdziesiątych. Znikające ruiny, nowe domy, ruch uliczny, przechodnie, komunikacja miejska, a nade wszystko witryny sklepowe były przedmiotem naszych obserwacji i komentarzy. Pory roku i typ pogody nie miały znaczenia. Ani upał, ani śnieżyca nie były dla nas przeszkodą. To faktycznie było flaneur'stwo w czystym wydaniu, konsekwentne jak pełnienie służby i ekscytujące jak uczestnictwo w tajnym rytuale. Mieliśmy stałe trasy, z których często zbaczaliśmy w nieznane. Czuliśmy się wręcz fizycznie cząstką tego miasta i bardzo było nam z tym dobrze. Obrazy tamtych dni, przywoływane z pamięci, są mocno przymglone, ale dają się nieco wyostrzyć.

I oto Aleje Jerozolimskie, rozświetlone latarniami i witrynami sklepowymi na odcinku od ul. Kruczej do Marszałkowskiej. Po przekroczeniu tejże i minięciu Hotelu Polonia gwałtownie szarzeją, a im bliżej ulicy Chałubińskiego, zdecydowanie tracą stołeczny sznyt. Knajpa na rogu Alej i Poznańskiej, dyszy piwno-nikotynowym oparem, wypluwając kolejno silnie zawianych panów w dojrzałym wieku. Ci toczą mętnym wzrokiem wokół siebie, napotykając pełne godności sylwetki równie niemłodych cór Koryntu, przechadzających się niespiesznie ze swymi pokaźnych rozmiarów torbami, dźwiganymi na ugiętym w łokciu przedramieniu.

Na przeciwległej, żałośnie pustej pierzei ulicy, samotnieją dwa nowe budyneczki Dworca Śródmieście. Bliżej skrzyżowania z ul. Emilii Plater owo pustkowie próbuje "nobilitować" kultowa budka z piwem, okolona podkową srebrzącej się blachą półki. Na owej półce prócz kufli opierają się udręczone piwną konsumpcją postaci. Tu, prócz papierosów i piwa króluje kwaśny zapach uryny. Linia średnicowa pociągów podmiejskich dowozi co wieczór klientów tej i innych okolicznych knajp. To okolica przaśnej rozrywki, spotkań towarzyskich i drobnych, niekoniecznie jasnych interesów.

Cofnijmy się wszak tam, gdzie jaśniej. Naszą uwagę nieustająco przykuwa Centralny Dom Towarowy na rogu Alej i Kruczej. Z przeciwnej strony na skos przebiega ulica Bracka, tworząc niewielki pasaż wyłącznie dla pieszych, co nadaje mu urokliwy klimat. Korzystają z niego młodsze nieco damy do towarzystwa, dające się i tu zauważyć wieczorową porą. CDT przyciąga jednak głównie masą towarów i przerzucanymi na różne piętra tłumami klientów. Z pasją przeciskamy się do kolejnych stoisk, by wybadać, co nowego błyszczy na półkach.

Ta masa towaru dociera do modernistycznej budowli Cedetu z magazynów pomieszczonych w barakach leżących na pustkowiu, rozciągającym się po prawej stronie Alei Niepodległości, dziś stanowiącym kontynuację Pola Mokotowskiego w kierunku ul. Polnej. Do tych baraków wiedzie bocznica kolejowa ze Służewca Przemysłowego i czasem pociąg towarowy ciągnięty przez sapiący parowóz toczy się wzdłuż ul. Wołoskiej i Bobolego, przecina łukiem Pole Mokotowskie i Aleję Niepodległości przy opuszczonych cieniutkich szlabanach i w końcy powierza dostarczone skarby czeluściom obskurnych magazynów.

Nie jest to jedyna osobliwa linia kolejowa stolicy. Od północy, wzdłuż lewego brzegu Wisły, ułożone są tory dla zaopatrzenia odbudowanej na Powiślu elektrowni. Dziesiątki pełnych węgla wagonów toczy się powolutku nadbrzeżem, a opróżnione z zawartości często stoją nieruchomo, blokując dostęp do wody. Nam taka blokada nie groźna. Przełazimy pod wagonami czasem taszcząc ze sobą rowery, by spojrzeć w nurt rzeki, ocenić jej czystość, stan wody, i popatrzeć na dziki praski brzeg.

Tam zapuszczamy się rzadziej, choć wyprawy na Ciuchy, na Bazar Różyckiego czy ul. Targową łączą się z emocjami specjalnego typu. Tam patrzy się po równo na materialną tkankę miasta i na ciżbę wypełniających ulice ludzi. Trudno nie zauważyć, że są różni od tych na lewym brzegu Wisły. Inni w swej masie i w poszczególnych jednostkach. Inni w wyrazie twarzy, w postawie, gestach, ruchach i odzieniu. Oni są właśnie stąd. I nie tyle z Pragi, co z Ząbkowskiej, Strzeleckiej, Targowej czy Skaryszewskiej. Przemierzamy te ulice szybszym krokiem i z uwagą napiętą ryzykiem bycia rozpoznanymi jako intruzi. Nie czujemy się tu u siebie tak, jak na Górnym Mokotowie. Tu widok kilkunasto-osobowej wielopokoleniowej gromady stojącej i siedzącej na krzesełkach przed bramą kamienicy na Stalowej jest czymś naturalnym. Oni są stąd, tworzą to miejsce tak, jak ono tworzy ich. A pozorna bylejakość i obskurność przegrywa z charakternym genius loci. To przecież wyśpiewywał w swych piosenkach Stanisław Grzesiuk, choć Stalową od Czerniakowskiej dzieli spory dystans.

Pewnie byłoby dziś ciekawiej, gdybyśmy wtedy pstrykali fotki na trasach naszej łazęgi, ale nie pstrykaliśmy. Zostały obrazy w pamięci, ślady wrażeń, zapachów, nastrojów i emocji. Każdy człowiek ma ich sporo, a my dwaj, jak sądzę, podzielamy panoramiczny wręcz obraz Warszawy lat sześćdziesiątych.

Zadzwonię niedługo do Elka z propozycją, byśmy znów wyskoczyli wczesnym wieczorem na stare trasy i wspólnie rzucili okiem na nasze miasto.

środa, 23 sierpnia 2017

Kto nie ryzykuje...

Były plany wyjazdowe, pospieszne, last minute.

                                                              
Udać się gdzieś, gdzie pięknie.

                                              

Świat kusi niejedną tajemnicą.

                                            

W głowie może się przewrócić od możliwości.


A podróże kształcą przecież.
 



 
Chciałoby się posadowić gdzieś atrakcyjnie.

                                               

                                      

Wpasować w rzeczywistość.

                                          

Zawiesić na chwilę wszelkie kontakty.

                                                  

Zerwać z rutyną.

                                           

Wyrwać się z więzienia rytuałów codzienności.

                                    

Zaniechać dbałości o jakikolwiek porządek.

                                             

                                    

Zaryzykować.

                                   

Uwolnić świadomość od piętrzących się obaw.

                                           

                                            

                                            

Odjechać odrobinę. 

                               

Zważyć wszak ryzyko upału.

                                     
                                
Kontrolować ilość i jakość.

                                                                                

Nie tracić przy tym jasności poznawczej.

                                             

Sęk w tym, że pokusy kosztują majątek.

                                               

Problem naruszenia żelaznych zapasów przerasta pokuśność wizji.

                                      

Rzeczywistość sprowadza na ziemię, 

                                       

ale wizje pozostają.

                                      

                                       

                                      

Kto nie ryzykuje, ten nie jedzie.

                                        

poniedziałek, 24 lipca 2017

Rajd po ludziach

W zeszłym roku miałem jeździć po ludziach z pytaniem "dlaczego myślisz tak, jak myślisz?". Nie wyszło. Temat odłożyłem, zawiesiłem owo pytanie, ale w te wakacje w podróż po znajomych jednak się udałem. A że na południe wypadło mi jechać, zacząć odwiedziny musiałem od miejsca szczególnego, które wszak znam dobrze. Otóż 4 km od Grójca mieszkają i pracują razem Rajmund i Ewelina. Na niecałych 3 hektarach prowadzą unikalną działalność szkółkarską - wiele gatunków roślin iglastych kształtują na podobieństwo japońskich bonzai. Wiedzę w tej dziedzinie mają ogromną i efekty pracy godne podziwu.
                                          

                                            

Fakt, że znam się z Reniem od 56 lat i składam im przyjacielskie wizyty regularnie sprawia, że i mnie odrobina tej wiedzy się udziela. Miejsce owo tym bardziej jest dla mnie wyjątkowe, że goszczenie w nim każdorazowo łączy się z degustacją pyszności przygotowanych przez Panią Domu.

W pobliżu Św. Kararzyny mieszka Jarek. Pracowaliśmy razem w szkole przez rok. Uczyliśmy tego samego przedmiotu. Ale niebanalną znajomość zawiązaliśmy w trakcie przerw między lekcjami. Jego optymizm, radosna energia i rozliczne pasje napełniały niewielki pokój nauczycielski niepowtarzalną atmosferą. A gdy dołączał do tego Piotr - artysta, koneser literatury i muzyki, powietrze wypełniało się tym, co wyobrażam sobie, fruwało w Zielonym Baloniku, Ziemiańskiej czy później w kawiarni PiW-u na Foksal. Ach, jak ja wtedy lubiłem chodzić do szkoły i spotykać tych panów! Jarek osiadł w rodzinnym siedlisku, tworząc z dwóch niewielkich drewnianych domków posadowionych w ogrodzie miejsce bajkowe. Pokazują to załączone fotografie.

                                                 

                                         

                                         

A że o każdej roślinie jej opiekun może opowiadać historie i anegdoty fascynujące, że w domu snuje się muzyka z najwyższej półki, że zapachy natury mieszają się z aromatem autorskich pomysłów kulinarnych, żałowałem wielce, że tylko dwa dni spędziłem w tym uroczysku.
                                      

                                  

Fakt, że podsuniętą przez Jarka, otwartą przypadkowo książkę "Reszta jest hałasem" Alex'a Ross'a przeczytałem do końca niech świadczy o jakości tego miejsca.

Do Czesława musiałem się kopnąć aż pod Tarnów. Tam, wraz z trzema synami prowadzi zakład usług kamieniarskich. Jadą do niego z różnych stron ci jeszcze żywi, by zamówić i uiścić opłatę za trwałość imienia wykutego w granicie i zdobnego w prawdziwe, równie trwałe złoto. Granitowe bloki przybywają ze stron jeszcze bardziej odległych, jak Szwecja czy Afryka Południowa. Zamawiane są te najwyższej jakości, ale, jak mnie przemiły syn Czesława uświadomił oprowadzając po zakładzie, ową jakość daje się stwierdzić dopiero po pocięciu bloku na płyty i wyszlifowaniu ich powierzchni.

                                               

Piękna i szlachetna to robota. Z Czesławem spotkałem się 9 lat temu w sanatorium w Polańczyku. Grywaliśmy w ping-ponga i raz nawet udało mi się wygrać. Gadaliśmy wieczorami. Z tego wynikło, że zupełnie nie udało mi się wygonić Czesia z pamięci, a on, z kolei, odezwał się nagle rok temu mówiąc, że robił porządek w wizytówkach, natknął się na moją i zaraz zadzwonił, zamiast ją wyrzucić. Przegadaliśmy godzinę i to przesądziło, że znalazł się na trasie mej podróży.
 
                                           

Bo Czesio zajmuje się trzema wymiarami robiąc pomiary cmentarnych grobowców i czwartym - czasem, wyciosując je z najtrwalszego granitu.

                                          

Ale jeszcze dwa wymiary są mu przypisane. Szlachetna prostota wyrażana jasną myślą i pewien rodzaj fantazji, wyobraźni, którą sięga gdzieś dalej i wyżej. Dobrze, że jest radnym i że prowadzi lokalny klub piłkarski. Zabawiłem u niego niedługo, ale załapałem się na pomidorową i naleśniki. Podała mi je jego ujmująco skromna, drobniutka małżonka, która rychło potem pospieszyła do fabryki na popołudniową zmianę. Powiadam wam, co za ludzie! Czesław też wnet pojechał obradować, a ja ruszyłem w kierunku Krakowa.

Lubię przyjeżdżać na trochę do grodu Kraka. Lubię na chwilę zanurzyć się w jego dostojną, habsburską mieszczańskość. Przyzwyczajenie do stołecznego rozedrgania pewnie nie pozwoliłoby mi rozkoszować się gęstością socjalnej atmosfery na dłużej. Jednak obie osoby, które chciałem odwiedzić są integralną częścią tego miasta. Jan, kuzyn Isi, mojej Towarzyszki Życia jest osobą publiczną z nazwiska i z twarzy. To z nim spotkałem się najpierw na smakowitej kolacji i on udzielił mi gościny.

                                          

Spotykaliśmy się wcześniej niejednokrotnie w Warszawie, gdy zatrzymywał się na Sadybie i polubiliśmy się jakoś niestandardowo. Oczywiście znam go z publikacji prasowych i publicznych wystąpień. Najbardziej wszak imponuje mi jako nauczyciel akademicki upowszechniający wiedzę filozoficzną w sposób jasny i zrozumiały. To samo dotyczy książek jego autorstwa. Dobrze też nam się rozmawia i tak było również tym razem, a to przez uważne słuchanie się wzajemnie, co nie jest aż tak powszechną umiejętnością. Atencją został też obdarzony mój samochód, który spędził noc w garażu uniwersyteckim pod Audytorium Maximum. Zapewniło mu to bezpieczny pobyt, czego nie gwarantują warszawskie tablice rejestracyjne na ulicy dawnej stolicy kraju.

Następnego ranka popędziłem na Salwator, moją ulubioną dzielnicę Krakowa, by odwiedzić Cecylię, przywitać się rocznym już Ignacym i uścisnąć prawicę jego tacie - Piotrowi. O Cecylii też nie muszę się rozpisywać, bo jest osobą znaną.

                                 

Fakt, że dostałem od niej pięknie wydany katalog - dokumentację artystycznych dokonań z bardziej niż serdeczną dedykacją, napawa mnie radością i dumą. Rozmawialiśmy o sztuce i życiu spożywając niespiesznie śniadanie, a rozpromieniona twarz Cecylii, jej śmiejące się oczy obok spokoju Piotra mówiły same za siebie. Ignaś z wdziękiem smarował śniadaniowymi produktami siebie i okolicę, zaznaczając swoje terytorium. Śniadać w takim towarzystwie to czysta przyjemność.

Pora obiadowa zastała mnie już nad Zalewem Żywieckim, gdzie Isia z dwojgiem swoich wnucząt, Niną i Leonem, spędzała wakacje. Rozbiłem swój namiocik w ogródku i natychmiast wpasowałem się w ich program wypoczynkowy.

                                            




                                             

Ktoś by pomyślał, że wiek 5 i 8 lat ogranicza dzieci do podwórkowego szaleństwa z rówieśnikami. Tymczasem nazajutrz wdrapaliśmy się na pobliski szczyt góry Żar, by nazajutrz wejść na Baranią Górę wzdłuż Białej Wisełki, a wrócić z biegiem Wisełki Czarnej. W obie strony zajęło to, bagatela, 6 godzin. Każdy odczuwa swoje osobiste zmęczenie, ale ja uważam, że choćby z racji wieku, zmęczyłem się najbardziej. Dlatego następnego ranka wrzuciłem ich rowery na bagażnik isiowego samochodu i oni ruszyli do Warszawy, a ja wprost przeciwnie - do Sokołowska.

                                         

W Sokołowsku bywam zazwyczaj raz w roku, w zimie lub w lecie. Tym razem w obu tych terminach. Jest to miejsce zupełnie niezykłe. 19-wieczny kurort znany z leczenia chorób płucnych, zaniedbany po transformacji, powoli nabiera dawnego blasku. Dzieje się tak głównie za sprawą Fundacji InSitu osiadłej tu od dekady. Siłą swych szefowych, Bożenny Biskupskiej i Zuzanny Fogt, ogromne, zniszczone pożarem sanatorium Brehmera dźwiga się z ruin, a równolegle od lat odbywają się tu ważne festiwale. Jeden - Konteksty - festiwal sztuki efemerycznej pozwala spotkać znaczących artystów sztuki performerskiej ze świata i kraju. Właśnie na otwarcie tego wydarzenia pospieszyłem onegdaj. 

                                     

 Drugi festiwal poświęcony Krzysztofowi Kieślowskiemu odbywa się na przełomie sierpnia i września, skupiając środowisko filmowe. Od trzech lat dołączyło do tych wydarzeń Sanatorium Dźwięku - festiwal muzyki eksperymentalnej na poziomie radykalnej europejskiej awangardy. Jego pomysłodawcą i organizatorem w ramach Fundacji InSitu są Gerard Lebik i Zuzanna Fogtt. Pozostając w długoletniej przyjaźni z Bożenką, Zuzą i Zygmuntem Rytką, od początku świadkuję i twórczo uczestniczę w tym gigantycznym projekcie zwanym Sokołowsko.

                                                       

                                         

Nie ma dla mnie lepszego miejsca na ładowanie akumulatorów, bowiem majestat i spokój tamtejszej natury uzupełniony jest niespożytą energią i optymizmem twórczym Bożenki i pracowitością całego zespołu Fundacji. Taka konfrontacja każe mi znajdować i w sobie zasoby energii przydatne przez cały rok w każdego typu dzieałalności. W czasie festiwalu spotyka się arcyciekawych ludzi, rozmawia o sztuce i cieszy współobecnością innych artystów.

                                           

                                              

Tak było i tym razem. Choć ledwie zawadziłem o pierwszy dzień Festiwalu, to nazajutrz opuszczałem Sokołowsko solidnie ubogacony. Taki też dotarłem do domu radując się z serdecznych spotkań z tylu znajomymi i przyjaciółmi. Super był ten wakacyjny rajd po ludziach.