poniedziałek, 5 maja 2014

Ich bin ein Berliner


                            
Nie wolno tak myśleć, po dwóch zaledwie dniach włóczenia się po tym mieście. Ale już wiem, że jest niezwykłe i wkręcające. Jego historia, jej ślady i konsekwencje sprawiają, że kiedy różne Ratyzbony, Kolonie, Paryże czy Florencje mają wyraźną, rozpoznawalną strukturę, to tutaj cechą charakterystyczną wydaje się być otwartość, niedokończoność i zmiana, a z nich wynikająca potencjalność, gotowa objąć każdego.

                                
Tu jakby więcej wolno, na więcej jest miejsce.
Fizyczne resztki muru dzielącego kiedyś miasto też skłaniają do refleksji. Jak głęboką może ona być u tych, którzy nie sięgają problemu własnym doświadczeniem?
                          
Nie ma na to miary. A przecież poza pomazanymi już kolorowo z obu stron betonowymi płytami, upstrzonymi gumą do żucia, przyklejoną w wyrazie pogardy dla narzuconych reżimowo podziałów między ludźmi, istnieją surrealistyczne przestrzenie propagandowo  szerokiej Alei Karola Marksa i zaniedbane, zbiedniałe dzielnice dawnego Berlina Wschodniego.
                       
Została mi w głowie jakby pocztówkowa  impresja z podróży tranzytem na zachód w latach siedemdziesiątych. Oto na Ostbahnhof, nad torami wysoko, na żelaznym podeście, stoją w długich szynelach i papachach dwaj żołnierze radzieccy z rękami wspartymi na słynnych kałasznikowach. Pomnikowi strażnicy granic.
Zbiory w słynnym Pergamonie porażają skalą.

                            
                                    
Oczywiście zaraz pojawia się klasyczny problem zagrabienia tego, co kulturowo jest skąd indziej. Argumenty za i przeciw są znane, ale kontrowersja nie znika.
                                 

Nieopodal naszego hoteliku na Samaritenstrasse we wschodniej części miasta, zaciekawia swą demonstracyjnością okazały squat.
                                   
Kiedy więc zauważam, że brama jest szeroko otwarta, ruszam ku barokowo zaśmieconemu podwórku. Ale nie jest mi dane tam wtargnąć, bo zamiatający chodnik przed wejściem malowniczy squatman broni wstępu. „Tam jest centrala sekretnej instytucji i postronnym obywatelom wchodzić nie wolno.” Doceniam te przezbywanki i ostrzeżenie przed cegłą, która mogłaby spaść mi na głowę.
                                     
Korci mnie wszak przekraczanie granic i wdaję się w polemikę. Wyjaśniam, że ciekawi mnie squatowy świat, ale widzę pewną niekonsekwencję w wyznaczaniu barier przez ludzi, którym ich obalanie jest ideowo bliskie. Powołuję się na swych uczniów w Polsce, którzy są w squatowe przestrzenie zaangażowani.  Wyrażam  ponownie swoją ciekawość tego świata, ale zostaję pouczony,  teraz już po polsku, że jest to niezdrowe zainteresowanie cudzym gównem. Podkreślam osaczenie stereotypowym ujęciem sprawy. Jeśli większość  ludzi z zewnątrz, tak odnosi się do tych tu inaczej zorganizowanych mieszkańców, a oni odpowiadają im na to jedynie szyderczo pogardliwym traktowaniem, to ja, zamiast być zapytany o mój osobisty osąd sprawy i intencje, jestem z góry skazany na wykluczenie. Nie domagam się jednak szacunku dla swoich praw człowieka wolnego.  Pozostawiam  „najemcom” ich utopię zakonu, próbuję jeszcze tylko zrobić zdjęcie alternatywnego podwórka, ale i to wywołuje sprzeciw. 
                       
Przylepiam więc na pożegnanie vlepkę „Whoever you are I wish you well” i wracam do hotelu.
                            
Malownicza ścieżka rowerowa nad Szprewą, wiodąca aż do ogrodów i pałacu w Charlottenburgu, przywraca  wiarę w moc zachodniej, jedynie słusznej cywilizacji. Spokojne dzielnice niewątpliwie zamożnych ludzi zupełnie odwodzą mnie od pomysłu szukania  niedomkniętych bram. Nie ma tu takich wcale.

                             
Lepiej poszukać czegoś, albo nawet kogoś, kto jest. Jedziemy więc na Bulowstrasse, gdzie pod numerem 90, w galerii wystawia swoje prace malarskie dwoje polskich artystów. Z nich bardziej chcę spotkać  Beatę Pflanz, poznaną w Zbąszyniu na Festiwalu i lubianą bardzo zarówno po ludzkiej jak i artystycznej linii. I oto już z daleka daje się zauważyć, pochylona nad obrazem płasko leżącym na koziołkach przed wejściem do galerii.
                                 
Ostatnie pociągnięcia pędzla i finis coronat opus. Radość ze spotkania ogromna.
W dalszej drodze przychodzi nam zaliczyć kolejne niełatwe doświadczenie. Oto zatrzymujemy się przy berlińskim Memoriale Ofiar Holokaustu. Niezwykły to projekt. Foremne betonowe bryły nieco różnej wysokości, ustawione na ogromnej, też nierównej powierzchni, poprzedzielane dość wąskimi prostymi korytarzami, wywierają wielkie wrażenie.

                                  
Znalazłszy się w środku, dostrzega się w dalekiej perspektywie kolorowy świat, ale jeden niewielki krok zmienia tę perspektywę w
osaczenie bezwzględnym betonowym labiryntem.
                                   
Dalsza droga, to już poczucie okrutnej mocy bawiącej się z tobą w kotka i myszkę. Jeszcze trudniej jest, gdy zaczyna się to doświadczenie od przejścia przez niewielkie podziemne muzeum. Najpierw czeka nas ilustrowana pojedynczymi zdjęciami, zwięzła historia narastającego  programowo w przedwojennych Niemczech antysemityzmu prowadzącego do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Potem, w mrocznej sali obok na oddzielnych płytach oryginalne listy pisane na chwilę przed śmiercią w komorach gazowych. Wreszcie multimedialne stanowiska z obszerną informacją i dokumentacją Zagłady. A stamtąd wyjście w środek betonowego labiryntu. Fakt, że w tekstach  mówi się o oprawcach Niemcy , a nie jedynie naziści, jak również to, że pomnik ten znajduje się w centrum Berlina, jest wymowny w kwestii winy i oczyszczenia.
                                       
Rower na pewno nie jest traktowany przez berlińczyków jak zawalidroga na jezdni czy chodniku.

                               
Niemal wszędzie są ścieżki rowerowe. Nikt nie zżyma się na cyklistów. A są ich tysiące. Pysznie było poczuć się jednymi z nich. Z roweru naprawdę więcej widać. Szczególnie, kiedy jest co oglądać.
                               
Udany był ten wypad do Berlina.

                                

piątek, 25 kwietnia 2014

Czacha


                            

Fajna czacha, skomentował Artur zdjęcie półki z bajkami. Zgoda, fajna. Oddziela książki o pszczołach i bartnictwie, od różnych bajek dla i nie dla dzieci. Przywędrowała z Lublina, a raczej  sam ją stamtąd przywiozłem. A było tak.
Dawno, dawno temu, uciekając przed wojskiem, bo wtedy służba wojskowa była zaszczytnym obowiązkiem, znalazłem się w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Siedlcach. A wcześniej poznałem dziewczynę z Lublina. Fajna była i miła. Kończyła zaocznie szkołę podstawową i kochała poezję. Wygrała nawet konkurs recytatorski.
A skoro tak, to jadąc na weekend z Siedlec do Warszawy wpadałem najpierw autostopem do Lublina, a nazajutrz rwałem do Stolicy, by w poniedziałek wieczorem znów puścić się w drogę do Siedlec.
Polubiłem te romantyczne podróże bocznymi drogami. Puste jesienne pola i deszczyki siąpiące w drodze do dziewczyny.
I zdarzyło się pewnego razu, że rzuciła pytanie - propozycję: chcesz czaszkę? Jasne, że chciałem.
Kiedy zawitałem u niej ponownie wręczyła mi ją prostym gestem. Zapakowaną w gazetę, oblepioną ziemią. Prosto z ziemi dobytą. "Moi koledzy robą na Starym Mieście wykopaliska i znaleźli ich dużo pod kościołem. Zapytali, czy chcę jedną i chciałam. Zapytałam ciebie, czy chcesz i chciałeś, to masz."
Śliczna była i dziewczyna i czaszka. Oczyściłem ją w domu z ziemi, obejrzałem dokładnie i polubiłem bardzo.

                                 

Jej wielkość może wskazywać na kogoś młodego lub osobę drobnej budowy. Wpatrywanie się w puste oczodoły, zaglądanie w mroczną czeluść czerepa pobudza wyobraźnię. Kim była, kiedy nie była pusta? Z kim zatem obcuję od 45 lat? Kiedy trafiła pod ziemię? Dlaczego?

                        

Czy zacięła się w palec przy obieraniu ziemniaków i tężec dokonał dzieła w parę dni, mimo, że samo obieranie nie było niemiłe i nawet śmiała się i żartowała ze  starszą siostrą, która prasowała pieluchy w tej samej kuchni.
Czy może przywędrowała do Lublina grypa hiszpanka i skosiła najmłodszego chłopaka w rodzinie rymarza, choć taki był miły i wesoły. Uczył się dobrze i jako jedyny mógł kontynuować naukę, bo ojcu zaczęło się odrobinę lepiej powodzić.
Czy też była drobną, smutną kobietą, porzuconą przez męża i bez nadziei na odmianę losu, pogodzoną z suchotniczym pokasływaniem, które wróżyło to, co wkrótce się stało. I lepiej nie pytać o dalsze losy jej małej córeczki.
Mogły być jeszcze bardziej beznadziejne przypadki, w których kres przynosi wybawienie od cierpień, ale takich nie wyczuwam w aurze towarzyszącej pożółkłym kościom. Gdybym zresztą poczuł jakiekolwiek złe emocje lub niepokoje, pewnie zwróciłbym ziemi to, co z niej wydobyto jednak bezprawnie.
Ale te 45 lat upłynęło nam bardzo spokojnie.

                   

Zdarzało się, że czaszka służyła artystom. Była fotografowana. Rzeźbiarz Marek Łypaczewski wykorzystał ją jako model do medalu katyńskiego wykonanego w którąś rocznicę tragedii, a działo się to w czasach, gdy musiała jeszcze pamięć o niej pozostawać niejawną.

                              

Tkwi więc czaszka na półce nad drzwiami i wcale nie jest nam razem źle. Pstryknąłem niedawno zdjęcia w pokoju i wrzuciłem na fejsa także to z półką nad drzwiami. A Artur je skomentował.

                                

środa, 12 marca 2014

Jabberwocky


Głośne czytanie słynnego wiersza "Jabberwocky", z drugiego tomu "Alicji w krainie czarów", Lewis'a Caroll'a zawsze jest wyzwaniem. Bardzo trzeba się postarać, by oddać niezwykłą atmosferę zwycięskiego spotkania bohatera z bestią.

 
                                 Jabberwocky

             'Twas brilig and the slithy toves
                 Did gyre and gimble in the wabe:
             All mimsy were the borogoves,
                 And the mome raths outgrabe.
                    
            

             "Beware the Jabberwock my son!  
                The jaws that bite, the claws that catch!
             Beware the jubjub bird and shun
                The frumious bandersnatch!" 

             He took his vorpal sword in hand:
                Long time the manxome foe he sought-
             So rested he by the Tumtum tree,
                And stood awhile in thought.

             And as in uffish thought he stood,
                The Jabberwock, with eyes of flame,
             Came whiffling through the tugley wood,
                And burbled as it came!

             One, two! One, two! And through and through
                The vorpal sword went snicker-snack!
             He left it dead, and with its head
                He went galumphing back.

             "And hast thou slain the Jabberwock?
                Come to my arms, my beamish boy!
             O frabious day! Callooh! Callay!"
                He chortled in his joy.

             'Twas brilig, and the slithy toves
                Did gyre and gimble in the wabe:
             All mimsy were the borogoves,
                And the mome raths outgabe.

Maciej Słomczyński mistrzowsko przetłumaczył "Alicję" na polski, a jego wersja "Dżabbersmoka" jest arcydziełem.

                       Było smaszno, a jaszmije smukwijne
                  Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
               Peliczaple stały smutcholijne
                  I zbłąkinie rykoświstąkały.

               

               "Ach, Dżabbersmoka strzeż się, strzeż!
                  Szponów jak kły i tnących szczęk!
               Drżyj, gdy nadpełga Banderzwierz
                   Lub Dżubdżub ptakojęk!"

               W dłoń ujął migbłystalny miecz,
                   Za swym pogromnym wrogiem mknie...
               Stłumiwszy gniew, wśród Tumtum drzew
                   W zadumie ukrył się.

                 

               Gdy w czarsmutśleniu cichym stał,
                   Płomiennooki Dżabbersmok
               Zagrzmudnił pośród srożnych skał.
                   Sapgulcząc poprzez mrok!

               Raz, dwa! Raz, dwa! i ciach! I ciach!
                   Miecz migbłystalny świstotnie!
               Łeb uciął mu, wziął i co tchu
                   Galumfująco mknie.

               "Cudobry mój, uściśnij mnie,
                   Gdy Dżabbersmoka ściął twój cios!
               O wielny dniu! Kalej! Kalu!"
                   Śmieselił się rad w głos.

               Było smaszno, a jaszmije smukwijne
                   Świdrokrętnie na zegwniku wężały,
               Peliczaple stały smutcholijne
                   I zbłąkinie rykoświstąkały.

                          
               
Zaskoczony niedawno mglistym urokiem bliskich memu sercu ogrodów, odkryłem tam coś z klimatu owego wiersza.

                

czwartek, 20 lutego 2014

Ja na wierzbie


Posadziliśmy z Dorotą swoje trójwymiarowe podobizny na murku przy śmietniku jesienią. Miały posiedzieć przez Święta, a potem przeczekać w piwnicy do wiosny i znowu zaistnieć na podwórku.
 
Nie wzięliśmy pod uwagę chłopców – psotników, którzy rozgrzani piłkarskim treningiem przy trzepaku, zdecydują sprowadzić nas siedzących na ziemię. Wracając wieczorem do domu zastałem tylko siebie, z oderwanymi nogami i naderwaną ręką- zupełnie jak w filmie Tim’a Burton’a. Dorotki nigdzie nie było. Została porwana. Pozbierałem siebie, posklejałem i znaleźliśmy dla mnie lepsze miejsce, mniej dostępne  i  ładniej skomponowane z naszym podwórkowym światem. Wezwani na montaż zawodowi wspinacze wywiązali się z zadania na medal.
                                       
                                            
                                            
                                                  
                                             
                                   
                                   
                                           
Cieszy też pozytywny odbiór przywrócenia figury podwórku. Starsze panie z uśmiechem przypominają, jak przestraszyły się wtedy nas siedzących na murku i jak nas zaraz polubiły. Mamy prowadzą swoje nieletnie pociechy na trawnik i pokazują im mnie na wierzbie, a dzieci się cieszą wyrażnie. Młodsze pokolenie w drodze do miasta, zatrzymuje się na chwilę,  pstryka fotkę komórą i leci dalej organizować sobie życie. A ja siedzę na wierzbie w ich komórkach i na miarę swych sił pomagam im w ich zmaganiach, czasem pokazując się na ekranie, by i innym móc spojrzeć w oczy. Ich też pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkiego dobrego.
Dokumentację fotograficzną zawdzięczam  mojej córce Dorocie, na drzewo wspiął się mój syn Nikodem a linę trzymała Marta. 
 
 

piątek, 31 stycznia 2014

Ptasie loty

Jest druga w nocy. Stoję w oknie. Termometr na zewnątrz pokazuje -12. Wpuszczam trochę mroźnego powietrza do środka. Cisza. Niebo zasnute chmurami. Światła miasta i śnieg sprawiają, że ich kolor jest ciepło-szaro-beżowy. Nagle w tę szarość wpadają bezgłośnie mewy. Lecą nisko, trochę krążą. Są wielkie. Nikną za dachem domu naprzeciwko. Ale nadlatują nowe. Ile ich?! I dlaczego pojawiły się w środku nocy? Skąd wracają?
Rano, przy śniadaniu, przyglądam się ptactwu na podwórku. Wrony i mewy. Te ostatnie są większe, silniejsze. Krążą nad podwórkiem, przysiadają na dachach, lecą dalej. Wrony pozostają, zajęte swoimi wronimi sprawami jak zwykle. Ale oto jedna przecina nieboskłon wysokim, szybkim lotem. Leci prosto. Dokąd zmierza?

                                         

Rozumiem niektóre loty:  gromadne - na żerowiska, do ciepłych krajów;


 
indywidualne - w pogoni za partnerką, za pokarmem, za materiałem na gniazdo, w ucieczce przed wrogiem.

                                      

Ale czasem widzę ptaka lecącego gdzieś prosto przed siebie i nie potrafię sobie wyobrazić, jakie go ponaglają sprawy.

piątek, 17 stycznia 2014

Pecunia non olet


Drugi już rok jeżdżę komunikacją miejską do pracy. Trzy razy w tygodniu przemierzam metrem trasę Racławicka – Ratusz, a Ratusz – Warszawa Wileńska, tramwajem. W te i wewte. Nie czytam po drodze prasy ani literatury, nie gram w gry, nie sprawdzam klasówek. Za to do woli gapię się na ludzi. Staram się robić to dyskretnie. Nie wybieram sobie „ofiary”. Nie molestuję spojrzeniem. Uprawiam analizę porównawczą. Metro pozwala przyglądać się pasażerom siedzącym naprzeciwko. Pozwoliłem więc sobie któregoś dnia sprawdzić stan wizualny ich obuwia, wysuniętego ku mnie równym szeregiem. Kontrola wypadła niezwykle korzystnie. Mało spostrzegłem marnych, sporo za to porządnych jakościowo i estetycznie butów, bucików i pantofli. I zaraz przypomniały mi się czasy, gdy rodacy po buty udawali się do państwa zwanego Czechosłowacja. I ja nabyłem, będąc przejazdem w Pradze, porządną ciepłą parę kamaszy z zamiarem noszenia ich na Alasce. Nie dojechałem tak daleko, ale służyły mi te buty i w windzie w Brooklynie i w deptaniu chodników Manhattanu i jeszcze kilka zim po powrocie do ojczyzny.
                                               
Tymczasem wróćmy do metra. Buty już skontrolowane. Teraz skupmy się na nosach. Wyabstrachowane z reszty twarzy na potrzeby obserwacji, bardzo prędko zaczynają dziwić i śmieszyć swoją natrętną wypustkowością pośrodku oblicza. Uderzają różnorodnością. Nie ma obawy, nie popchną mnie w stronę eugeniki. Nie pozwolą też na żadną rankingową zabawę, albo poszukiwanie nosa idealnego. Choć przecież pisałem po lizbońskich doświadczeniach, o atrakcyjności nieco orlich kształtów tej części portugalskich twarzy, co przy wąskości nozdrzy, sprawia wrażenie szlachetności. Więc jednak. No ale nie ja wymyśliłem prosty nos rzymianina, ani perkaty mieszkańca Styrii. A góralskie też orle przecież.

                                                    

A rzęsy? Te jednak prędko pogrupowałem po seksistowsku i przebadałem te dłuższe i czarniejsze. I zaraz odkryłem ciemną linię namalowaną na obrzeżu górnej powieki, która tak efektownie przydaje około 2 milimetrów atrakcyjności owemu subtelnemu narządowi rzucania powłóczystych spojrzeń. I znów lewą dłonią powstrzymuję prawą, by nie ważyła się wypisywać opinii o ogólnym poziomie inteligencji, co się wyraża makijażem.
                                                        
                                           
                                                      
Skoro wszak jeszcze przy nim, to pora na usta. Też niezwykły to twór, bo jest ewidentną kontynuacją śluzówki wyściełającej jamę ustną. Ewidentną czyli oczywistą. A oczy widzą tak wielką różnorodność pokroju owych wrót otworu gębowego, że chyba tylko bogactwo psich ras może z nimi konkurować. Aż dziw, że się czasem tak zgodnie dwie pary ust ku sobie skłaniać mogą.

                                                  
Kto ku sobie, a kto od siebie. Przesiąźmy się zatem do tramwaju i pojedźmy na Pragę. Nie da się ukryć, że inny zgoła obraz daje się zauważyć. Ale to już  o osobliwościach dzielnic naszej Stolicy opowieść. Dziś tylko jedną wspomnę przypadłość. Zdarzyło mi się już kilka razy podróżować tramwajem z lokalnymi pariasami. Może warto wspomnieć, że w Indiach tak byli zwani „nietykalni”, czyli ci, nie mający żadnych praw i kalający innych już samą swą obecnością. I pojawia się trudny problem. Oto w drugim wagonie tramwaju siedzi taki pasażer, a przed nim i za nim miejsca są wolne z oczywistego powodu, też nosowego, rzekłbym. Problem niełatwy, prawda?

                                           
Rozmawiałem o nim w pewnym towarzystwie i sprzeczne były opinie. Nie brakło skrajnych. Przywołałem więc przykład z przeciwnego bieguna. Oto w rankingu zarobków prezesów banków pojawił się rząd wielkości ich rocznego dochodu – milion złotych. Mówią - pecunia non olet. Ale nie da się tych panów spotkać w tramwaju, żeby to sprawdzić.
                                                           






wtorek, 14 stycznia 2014

Zawsze byłem flanerem


Google to nie Encyklopedia Britanica, ale poza rzetelnością źródła  liczy się przecież błyskawicznie poszerzany zasób informacji i niebywała łatwość dostępu. Tam zatem sięgnąłem po wiedzę na temat postaci zwanej flaneur. Może powinienem był już od dawna znać pojęcie flaneryzmu, ale nie znałem. Dopiero niedawno trafiłem na nie w Kwartalniku Respublica Nowa z r.2008. Teraz z ciekawością śledzę publikacje na ten temat.
                                                     
Skąd ta ciekawość? Ano, zaczęło mi się układać w głowie, że od wczesnej młodości jestem czystej wody flanerem.  Nie raz przecież pisałem na blogu o włóczeniu się po Warszawie od wczesnych lat 60ych. Wtedy szlifowałem bruki razem z Elkiem, swoim ówczesnym przyjacielem. Byliśmy młodziakami, a Warszawa podnosiła się z wojennych zniszczeń i rosła wraz z nami.
                                                       
A więc pierwszym zadaniem flanera jest obserwowanie rzeczywistości miejskiej i zmian w niej zachodzących, pozostając  jednocześnie postronnym i nieco krytycznym świadkiem. Faktycznie, biegaliśmy po silnie jeszcze zrujnowanej Stolicy, podpatrując z dnia na dzień, co i gdzie się zmienia. Komentowaliśmy te zmiany z upodobaniem. Może warto wspomnieć, że w tamtych latach wiodącym dziennikiem stołecznym było „Życie Warszawy”. „Trybuna Ludu” miała z nim „konkurować” z nakazu władz, ale jej się nie czytało na zasadzie oczywistości. Tedy poza radarem zmysłów skierowanym na przestrzeń miejską, była jeszcze dostępna informacja pisemna. Jakoś bez formalnych deklaracji wiedzieliśmy, jak bardzo to miejsce jest naszym miejscem.
                                                          
Niezłą ilustracją tego aspektu flaneryzmu było śledzenie odbudowywanej w nieco modernistycznym duchu ulicy Kruczej. Tam wyrósł Grand Hotel – pierwszy nowoczesny hotel zbudowany w tym mieście po wojnie. Jednak nie jego architektura nas zachwycała, a parking przed wejściem. Na nim bowiem stały auta zagranicznych gości. Znaliśmy je wszystkie, jeśli zatrzymywali się na dłużej. To był nasz salon samochodowy. Podziwialiśmy różne marki – MG, Simca, Triumph, Humber, a czasem uśmiechaliśmy się z niedowierzaniem na widok krążownika Czajka. Trudniej zauważalni byli ich właściciele. Nimi pewnie zajmowali się flanerzy należący do służb mundu i niemundurowych.
                                               
Ludzie miasta to druga przestrzeń uwagi flanera. Specyficzna. Jest bowiem, jak twierdzą specjaliści /Baudlaire, Benjamin i inni/, a ja potwierdzam doświadczeniem, ów flaner kimś patrzącym z dystansu, jakby oddzielnym od miejskiego tłumu, a nawet istniejącym mu na przekór. Tłum bowiem nieustannie za czymś goni, ku czemuś dąży. Uwija się jak mrówki wokół mrowiska. On natomiast włóczy się albo przechadza, jak kto woli, po tej samej przestrzeni jakby bez celu, zauważając, też jakby mimochodem, „ co tu się dzieje”. Jest anonimowym indywiduum wobec owej zbiorowości. Pamiętam z tamtych lat, gdy chcąc dopaść otwartych drzwi tramwaju ruszającego z przystanku, biegliśmy zygzakiem wśród ciżby tłoczącej się na chodniku, wymijając, potrącając albo wpadając na ludzi. Ten tłum był jednak swojski, w pełni akceptowany, a przedzieranie się przezeń było akcydentalne. Częściej tworzyliśmy jednorodną tkankę. 
                                       
Inaczej działo się w późniejszym okresie, gdy jako młodzieniec praktykowałem flaneryzm w czystej postaci. Nachodziło mnie czasem, by ruszyć o zmroku, szczególnie późną jesienią, zanurzyć się w labirynt miasta dręczonego chłodną mżawką i nieśpiesznie krążyć ulicami z podniesionym kołnierzem, przyglądając się zmykającym do swych domostw mieszkańcom. Owszem, towarzyszył tym włóczęgom specyficzny nastrój zadumy, nostalgii i samotności, którego niedawno pojechałem szukać w Lizbonie.
Przypomnieć teraz warto, że ów flaneur narodził się w Paryżu w połowie XIX wieku jako owoc zmian w strukturze miasta, spowodowanych rewolucją przemysłową. Burzliwy rozwój handlu, obfitość sklepów przyciągających ludzkie masy witrynami pełnymi towarów, powołał do życia tego rozleniwionego próżniaka, który miast pozyskiwać w pocie czoła środki na zakup owych różności, spędzał czas na przechadzce, rzucając okiem na witrynowy stan pożądania, co się miał zmieniać w stan posiadania. Doglądał z pozycji samozwańczego nadzorcy miejskich przestrzeni, czy trzodzie nie brakuje karmy.
Nie byliśmy z Elkiem takimi modelami, mieliśmy po 14 lat, ale wiedzieliśmy sporo o zawartości warszawskich witryn sklepowych. Odwiedzaliśmy Centralny Dom Towarowy w Al. Jerozolimskich zazwyczaj dwa razy w tygodniu, kontrolując podaż i trendy. Zdarzało się nam być również klientami sklepu ze słodyczami w Alejach niedaleko Kruczej. Tam nabywaliśmy 15 dkg bloku czekoladowego, czyli słodkiej masy z okruchami fistaszków lub herbatników i konsumowaliśmy przysmak sunąc dalej. Egzotykę i poczucie niezmierzonych dali zapewniały witryny Chinki, Budapesztu, Nataszy, Ośrodka Kultury Czechosłowackiej czy Bułgarskiej.
                                          
Ale nie tylko chodnikowe szlaki nas nęciły. Zapuszczaliśmy się też w  podwórka, pasaże, tajemne przejścia, boczne i pozornie ślepe uliczki. Potrafiliśmy znikać w bramie, by wynurzyć się na innej ulicy gdzieś dużo dalej. Nie opierały się też naszej ciekawości klatki schodowe, przemierzane aż po strych, czasem ujawniając okno z zapierającą dech w piersiach panoramą miasta.
Pisze Susan Sontag o fotografie ulicznym jako swoistym flanerze, ale ktoś trafnie przyrównał rasowego flanera do miejskiego fotografa pozbawionego aparatu. Myślę, że z tej właśnie kondycji wywodzi się mój stosunek do fotografii reportażowej. Nie odbierając jej znaczenia, zawsze ceniłem sobie wartość osobistego przeżycia chwili, zapisanej wyłącznie na czułej kliszy świadomości.

 
Może gdybym nie był tak ortodoksyjny, miałbym więcej zdjęć mojego miasta z tamtych lat, którymi okrasiłbym ten wpis. Nie mam żadnych.  Muszę się zatem obejść kilkoma pocztówkowymi warsawianami z mojej skromnej kolekcji.