Drugi już rok jeżdżę komunikacją miejską do pracy. Trzy razy
w tygodniu przemierzam metrem trasę Racławicka – Ratusz, a Ratusz – Warszawa Wileńska,
tramwajem. W te i wewte. Nie czytam po drodze prasy ani literatury, nie gram w
gry, nie sprawdzam klasówek. Za to do woli gapię się na ludzi. Staram się robić
to dyskretnie. Nie wybieram sobie „ofiary”. Nie molestuję spojrzeniem. Uprawiam
analizę porównawczą. Metro pozwala przyglądać się pasażerom siedzącym
naprzeciwko. Pozwoliłem więc sobie któregoś dnia sprawdzić stan wizualny ich
obuwia, wysuniętego ku mnie równym szeregiem. Kontrola wypadła niezwykle
korzystnie. Mało spostrzegłem marnych, sporo za to porządnych jakościowo i
estetycznie butów, bucików i pantofli. I zaraz przypomniały mi się czasy, gdy
rodacy po buty udawali się do państwa zwanego Czechosłowacja. I ja nabyłem,
będąc przejazdem w Pradze, porządną ciepłą parę kamaszy z zamiarem noszenia ich
na Alasce. Nie dojechałem tak daleko, ale służyły mi te buty i w windzie w
Brooklynie i w deptaniu chodników Manhattanu i jeszcze kilka zim po powrocie do
ojczyzny.
Tymczasem wróćmy do metra. Buty już skontrolowane. Teraz skupmy
się na nosach. Wyabstrachowane z reszty twarzy na potrzeby obserwacji, bardzo
prędko zaczynają dziwić i śmieszyć swoją natrętną wypustkowością pośrodku
oblicza. Uderzają różnorodnością. Nie ma obawy, nie popchną mnie w stronę
eugeniki. Nie pozwolą też na żadną rankingową zabawę, albo poszukiwanie nosa
idealnego. Choć przecież pisałem po lizbońskich doświadczeniach, o
atrakcyjności nieco orlich kształtów tej części portugalskich twarzy, co przy
wąskości nozdrzy, sprawia wrażenie szlachetności. Więc jednak. No ale nie ja
wymyśliłem prosty nos rzymianina, ani perkaty mieszkańca Styrii. A góralskie
też orle przecież.
A rzęsy? Te jednak prędko pogrupowałem po seksistowsku i
przebadałem te dłuższe i czarniejsze. I zaraz odkryłem ciemną linię namalowaną
na obrzeżu górnej powieki, która tak efektownie przydaje około 2 milimetrów
atrakcyjności owemu subtelnemu narządowi rzucania powłóczystych spojrzeń. I
znów lewą dłonią powstrzymuję prawą, by nie ważyła się wypisywać opinii o
ogólnym poziomie inteligencji, co się wyraża makijażem.
Skoro wszak jeszcze przy nim, to pora na usta. Też niezwykły
to twór, bo jest ewidentną kontynuacją śluzówki wyściełającej jamę ustną.
Ewidentną czyli oczywistą. A oczy widzą tak wielką różnorodność pokroju owych
wrót otworu gębowego, że chyba tylko bogactwo psich ras może z nimi konkurować.
Aż dziw, że się czasem tak zgodnie dwie pary ust ku sobie skłaniać mogą. Kto ku sobie, a kto od siebie. Przesiąźmy się zatem do tramwaju i pojedźmy na Pragę. Nie da się ukryć, że inny zgoła obraz daje się zauważyć. Ale to już o osobliwościach dzielnic naszej Stolicy opowieść. Dziś tylko jedną wspomnę przypadłość. Zdarzyło mi się już kilka razy podróżować tramwajem z lokalnymi pariasami. Może warto wspomnieć, że w Indiach tak byli zwani „nietykalni”, czyli ci, nie mający żadnych praw i kalający innych już samą swą obecnością. I pojawia się trudny problem. Oto w drugim wagonie tramwaju siedzi taki pasażer, a przed nim i za nim miejsca są wolne z oczywistego powodu, też nosowego, rzekłbym. Problem niełatwy, prawda?
Rozmawiałem o nim w pewnym towarzystwie i sprzeczne były
opinie. Nie brakło skrajnych. Przywołałem więc przykład z przeciwnego bieguna.
Oto w rankingu zarobków prezesów banków pojawił się rząd wielkości ich rocznego
dochodu – milion złotych. Mówią - pecunia non olet. Ale nie da się tych panów
spotkać w tramwaju, żeby to sprawdzić.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz