poniedziałek, 28 lipca 2014

Sesilia, po co mi to było.


 
„Wariat” mówili z brutalną szczerością niektórzy znajomi komentując mój pomysł samotnego spływu łodzią z Krakowa do Warszawy. Dziś, po szczęśliwym zakończeniu eskapady, mogę przyznać im rację. Sporo w tym było szaleństwa. Sporo ryzyka i ogrom radości.
                                    
                            
Pozornie nużąca monotonia codziennych czynności z wielogodzinnym machaniem wiosłem na czele, okazała się w praktyce działaniem wymagającym nieustannej koncentracji uwagi, uprzedzaniem niebezpieczeństw, pokonywaniem trudności i nieustającym chłonięciem widoków, odgłosów, zapachów i dotyku rzeki, jej brzegów i wszystkiego, co tam można znaleźć.

                               
Nie nudziło mi się ani przez moment. Więc najpierw czaple. Spotkałem ich po drodze dobrze ponad setkę. Płochliwe, nie wytrzymywały mej obecności i podrywały się do ucieczki na bezpieczną odległość. Niestety najczęściej w dół rzeki, co sprawiało, że za chwilę znów musiały zrywać się do lotu. Nagłe wyskoki większych rybich drapieżników lub zmykających przed nimi ofiar zaskakiwały mnie nieraz bardziej, niż ja czaple. Kilka bobrów udało mi się dostrzec w chwili, gdy spłoszone,  rzucały się z pluskiem w odmęty. Raz wynurzyła się niedaleko burty zgrabna główka wydry, by zaskoczona moją obecnością, natychmiast czmychnąć pod wodę. Pojawiła się też kraska, zachwycając swym jaskrawo turkusowym grzbietem. Szkoda, że tak incydentalnie. Za to gęsi darły się jak opętane wzlatując nad piaskową łachę, gdzie zażywały słusznego wypoczynku. Były oczywiście i mewy i rybitwy nurkujące w nadziei pochwycenia każdej, nie tylko złotej rybki. I jeszcze nie rozpoznane ptaszki wielkości może kosa, śmigające nisko nad wodą ze skrzydełkami wywiniętymi ku górze i z połyskującymi bielą boczkami.

                                 
                                 
Natomiast ludzi spotkałem zadziwiająco niewielu. Bywało, że płynąłem dzień cały nie widząc nikogo. Fakt, że najczęściej brzegi Wisły są nieprzystępne. Zdarzyło się raz, że uciekając przed burzą zatrzymałem łódkę na spłachetku piasko-mułu, przywiązałem bezpiecznie do łozy i ruszyłem przez nadbrzeżne chaszcze. Gdyby nie znaleziony kawał drąga, którym torowałem sobie drogę, nie przedarłbym się przez gąszcze. Ale się udało.

                         
 Wspiąłem się na wał i znalazłem po jego drugiej stronie domostwo, a w jego suterynie starszą panią, która nie zdziwiona powitała mnie mile, podała wodę z sokiem i poszła do pokoju odmawiać różaniec. Pięknie tam było. Nieduże okna jaśniały w ogólnym półmroku. Pod kuchnią huczał ogień, na niej gotował się sagan kartofli dla kur. Piec kaflowy grzał izbę.
                          
                           
 Wszędzie były kwiaty i święte obrazki. Na stole obok warzyw, wygrzewał się jak wąż eskulapa kolejny różaniec.
                                
 „Wnuków mam pięcioro i prawnuków też tyle”, dowiedziałem się. „Ale sama tu mieszkam. Dom na górze pusty, bo syn się przeprowadził, a mąż u córki, bo choruje i potrzebna mu opieka. Sama tu siedzę i dobrze mi. Modlę się, dbam o kwiatki i wcale niczego się nie boję.”
                         
A tę kapliczkę przy drodze to sama Pani postroiła? – pytam.

                                 
A ja, ja. Powiem panu, jak z tą kapliczką było. Jak jeszcze krowy miałam, to rano pognałam je na pastwisko, tak do dnia. A jak wracałam, to patrzę, słońce wschodzi i tak na szybkę Najjaśniejszej Panience świeci, że Ona w jasności cała i tak promienieje, że aż na kolana padłam i się głośno modliłam. Chodziłam tam o świcie później, ale już nigdy takiej jasności nie było. A w maju to sama jedna do kapliczki idę, klękam i śpiewam Przenajświętszej Panience. Kiedyś jeszcze dziewczynki ze wsi ze mną śpiewały, ale podrosły i teraz już nie chcą. Skończyła się burza, podziękowałem za gościnę i wróciłem do łodzi.
Czy to nie nudno płynąć tak – dzień po dniu, wszystko tak samo? Ano, to miała być podróż kontemplacyjna. Ale nie była. Owszem, machałem pagajem w miarę rytmicznie tyle, że wzrokiem sokolim przeszukiwałem nieustannie powierzchnię rzeki namierzając wszystko, co mogło nieść zagrożenie. Płynąłem przy dość wysokiej wodzie, co sprawiało, że nurt był wartki a każda kłoda drewna, kamienny próg, czy inna podwodna przeszkoda burzyły lico rzeki, tworzyły wiry i oddolne ruchy wielkich mas wody.

                                
 Zawsze groźnie to wyglądało i kazało omijać owe miejsca szerokim łukiem. Zdarzyło się wszak raz, że wypływając zza zakrętu natknąłem się na podwodny kamienny próg tak blisko, że nie było możliwości ominięcia go. Woda przelewała się z hukiem przez zaporę mieniąc się po drugiej stronie w białej kipieli.
                             
                                 
 Wybrałem najspokojniejsze miejsce, przyspieszyłem maksymalnie, odłożyłem wiosło, złapałem kurczowo burty łodzi i spięty zamarłem. Dno szurnęło o skałę tak, że poczułem w bosych stopach mrowienie i już byłem po drugiej stronie, spocony jak mysz. W tym krótkim mgnieniu oka nabrałem jeszcze większego respektu dla otaczającego mnie żywiołu i jeszcze czujniej starałem się kontrolować tor wodny.
Owszem, całkiem udatnie udawało mi się sprawować ową kontrolę do czasu, aż pojawił się wiatr. Zaczął pewnego popołudnia wiać mi w twarz. Po drzewach patrząc, wietrzyk raczej. Ale moje 6 – 7 km/godz. Naprzeciw jego podmuchom, to już nie było byle co. Po pierwsze trudniej było wiosłować. Po drugie, rzeka nie płynie wciąż w tym samym kierunku. A jeśli wiatr zamiast na dziób łodzi napiera na jej burtę, to moja moc kończy się ostatecznie. Zdarzyło się, że silniejsze podmuchy nieoczekiwanie odwróciły mnie o 30 stopni w lewo, a płynąłem przy prawym brzegu. Nacisnąłem na pagaj z całą siłą i pracowałem nieustannie jak szalony chcąc odwrócić łódź frontem do podmuchów wiatru. Nic z tego. Płynąłem w poprzek rzeki walcząc beznadziejnie z bezwzględnym mocarzem. Dzień chylił się już ku zachodowi i zmęczony byłem nieludzko. Wkrótce wiadomo było, że dziób uderzy w lewy brzeg. Ale pojawiła się nagroda za wytrwałość. Spokojna odnoga opływająca niedużą wyspę. Wcale w nią nie celowałem. Wepchnął mnie w nią wiatr psotnik. Równie dobrze mógł wepchnąć na dowolną przeszkodę i pomóc rozbić łódkę. Miejsce na nocleg okazało się przepiękne.

                                  
Następny dzień miał być przedostatnim w tej podróży. Przyszła wszak refleksja. Jeśli jutro rano będzie tak wiało, to moja zdolność manewrowania łódką będzie zerowa. Narosłe z biegiem dni zmęczenie też dawało o sobie znać. Skrajne podwyższenie poziomu ryzyka wcale mi się nie uśmiechało. Zacząłem myśleć o wcześniejszym zakończeniu podróży. Z tymi wątpliwościami poszedłem spać, by rano obudzić się do słonecznego i bezwietrznego dzionka. Mogłem płynąć dalej.
Płynąłem w sumie 11 dni. Cały czas na rzece upływał mi w samotności.

                            
                            
 Zazwyczaj ruszałem po 7 rano i wiosłowałem do 12 – 13.oo. Potem szukałem przytuliska na obiadowy posiłek i po godzinie ruszałem dalej płynąc do 16 – 17.oo.
                            
                            
                            
 Pokonywałem od 35 do 50 km dziennie zależnie od przychylności rzeki i aury. Powiedzieć wszak, że była to samotna podróż byłoby przekłamaniem. Po pierwsze za plecami miałem zawsze Sesilię, moją Syrenę, która była mi wsparciem. Po drugie, z wyjątkiem trzech dni, gdy obozowałem w głuszy, codziennie wieczorem docierali do mnie Klara z Żukiem, by odebrać sprawozdanie z minionego dnia, zrobić zdjęcie i przechwycić te, zrobione po drodze przeze mnie. Stąd na Facebooku można było śledzić moją podróż na bieżąco. Byli też inni ludzie. W telefonie, podklejonym papierem ściernym, by mi się nie wysmyknął z kieszeni prosto do wody. Rozmawiałem z nimi z samego środka rzeki. Dzwonił do mnie Jacek Gądek dzieląc się doświadczeniem ze swojej „Solnej drogi”, sugerując miejsca postoju, ostrzegając przed zapamiętanymi niebezpiecznymi miejscami a nade wszystko dzieląc moją radość i dodając mi otuchy. Dzwonił Tadeusz Rek z Krakowa, ośmiokrotny mistrz świata w kat. seniorów, który sekundował wiernie mojej przygodzie od samego startu. Dzwonił Leon Michna szczerze przejęty i niepokojący się o mój los. Dzwoniła Ania Francman równie przejęta i zatroskana.  Dzwonili moi Bliscy i ja do nich dzwoniłem, by powiedzieć, że wszystko gra, że jest pięknie i prosić o ich duchowe wsparcie. I nie ukrywam, że choć nie mająca wpływu na fizyczny wymiar wyprawy, była ta więź wielką psychiczną pomocą.
Dziś, z perspektywy skończonej już podróży, zachodzę w głowę skąd znalazłem w sobie siły na pokonanie tych 420 kilometrów wielkiej wody. Wdzięczny jestem Wszystkim, którzy mnie wspierali i wierzyli że mi się uda. Udało się!

                              
Ale tego pewny byłem dopiero, gdy na praskim brzegu 24 lipca o 19.oo mogłem uściskać serdecznie Jacka oczekującego mnie na brzegu z rozłożonymi ramionami i po kolei Wszystkich, którzy przyszli mnie witać. Piękne Wam dzięki.

                                    
                                    
A po co mi to było?

By poznać z bliska Wielką Rzekę.
By pokonać swoje wątpliwości, niepewności, obawy i zwykły strach.

By odpowiedzieć pewnej pani doktor – lekarzowi pierwszego kontaktu – która ładnych parę lat temu powiedziała mi, że muszę przyzwyczaić się do dolegliwości i złego samopoczucia wynikającego z numeru pesel, prowadzić spokojny i oszczędny tryb życia, bo tak już jest, kiedy się jest niemłodym.

P.s. Muszę dodatkowo poinformować panią doktor że przepłynąłem Wisłę będąc chorym na koklusz. Może to pierwszy taki przypadek w historii tej rzeki. Sic.
                                        

czwartek, 26 czerwca 2014

Wodna Masa Krytyczna w Krakowie



Niedziela 22 czerwca - Wodna Masa Krytyczna na Wiśle w Krakowie, a na niej łódka w której mam płynąć do Warszawy. Spotkanie z Jackiem Gądkiem, mistrzem wiklinowych konstrukcji,  posiadaczem,  sternikiem  i  silnikiem tejże łódki na Solnej Drodze z Wieliczki do Gdańska. Użycza mi jej na mój rejs.
Odnajduję Jacka w sobotę na warszawskich Wiankach, oczywiście przy pleceniu wiklinowego koła. Następnego ranka jedziemy razem do Krakowa. Zrzucamy z przyczepy jeden ładunek wikliny, wrzucamy wiązki suchej wierzbiny na budowę tratwy, na dach starego Volvo kładziemy niebieską, wąską, ponad 5metrową łódkę i hulamy nad Wisłę koło Salwatora. Po drodze zabieramy dwóch rosłych autostopowiczów z Ukrainy wędrujących do Drezna. Mamy ich podrzucić w inne miejsce, skąd łatwiej się zabrać, ale szybko zmieniają plany i jadą z nami na Masę Krytyczną. Za moment już zrzucamy wiklinę, łódka czeka zacumowana przy nadbrzeżu, Urkaińcy uwijają się przy wiklinowej konstrukcji pływającej. Masa krytyczna powoli wypełnia rzekę tratwami, kajakami, tramwajami wodnymi i wszystkim, co unosi ludzki ciężar na wodzie. Animatorka wydarzenia, Cecylia Malik, jak zawsze kolorowa, dosiada złotej ryby wdzięcznie robiąc wiosłem raz z lewej, raz z prawej. Mój pagaj jeszcze leży na dnie łódki. Masa zaczyna spływać w dół, ku Wawelowi. My ciągle wiążemy tratwę. Kończymy, gdy rój jednostek pływających już dawno znika za zakrętem. Ruszamy wreszcie w spóźniony pościg. W łódce siedzą 4 osoby. Zanurzenie maksymalne. Tratwa obciążona trzema osobami wystaje nad powierzchnię kostkami słomy. Siedzą na nich bosonodzy żeglarze machając wiosłem, ale wspomagani są siłą naszych pagajów i łączącą nas liną. Całość wygląda tak malowniczo, że zaraz skupia uwagę policji rzecznej. Słusznie sugerują, że płynąc bez kamizelek przekraczamy zdroworozsądkową granicę ryzyka. Pan w tej kurtce – mówią wskazując na mnie,- miałby kłopoty z dopłynięciem do brzegu. Możemy płynąć dalej pod warunkiem przywdziania kapoków. Godzinę zajmuje nam ich zdobycie. Wreszcie ruszamy i dopływamy. Kończymy dzień logistyką, tak jak zaczęliśmy. Sukces Masy jako szalonej zabawy na wodzie jest oczywisty. A ja już znam odrobinę niebieską łódkę.
Poniedziałek od rana wypełnia budowanie Syreny. Cecylia cierpliwie pozwala oklejać się taśmą. Zaraz po skompletowaniu skorup zdjętych z wszystkich części ciała, uwalniam modelkę, która pędzi na kolejną akcję artystyczno społeczną. Ja zaczynam niewdzięczny etap wypełniania skorupy butelkami i pianką konstrukcyjną, która skutecznie przywiera do wszystkiego, czego dotknie. Po dwóch godzinach zmagań już wiem, że nie zdążę na pociąg o 12.50. Wreszcie zostawiam Syrenę Sesilię na balkonie i zdążam jeszcze zajrzeć na Rynek przed odjazdem.
8 lipca rano zabiorę się za szykowanie łódki, posadzenie w niej Sesilii pięknie dokończonej przez Cecylię i 10 lipca rano ruszę ku Warszawie.
 
Syreni śpiew już czeka gotowy do niesienia się po wodzie w promieniu kilometra.
 A ja zbieram siły.

Sesilia


 
Od lat patrząc na Wisłę myślałem, jak  to by było wspaniale płynąć z jej biegiem. Dwa lata temu podjąłem pracę na Pradze i trzy razy w tygodniu przeprawiam się tam mostem Śląsko- Dąbrowskim. To przyspieszyło podjęcie decyzji. Koincydencja sprawiła, że poznałem krakowską artystkę, malarkę i performerkę – Cecylię Malik. Zdecydowałem więc popłynąć Wisłą z Krakowa do Warszawy samotnym rejsem. Pierwotnie miała do tego służyć tratwa, ale przekonano mnie, że trudno jednej osobie kierować nią bezpiecznie. Wtedy pomyślałem o łodzi i rozpytując o odpowiednią łajbę, trafiłem na Jacka Gądka, który rok wcześniej przewiózł  w samotnym rejsie ładunek soli z Wieliczki do Gdańska. Jacek dowiedziawszy się o moim projekcie wspaniałomyślnie ofiarował się z wypożyczeniem  mi swojej 5-metrowej łodzi.
Projekt ów nie jest wszak po prostu spłynięciem Wisłą od miasta do miasta. Jest częścią większego projektu autorstwa Klary Kopcińskiej i Żuka Piwkowskiego. Nadali mu nazwę Sesilus. Przez poprzednich kilka sezonów pływali oni od Warszawy w dół Wisły aktywizując artystycznie nadbrzeżne miejscowości. Tego lata, to ja, swoim rejsem wpisuję się w ich działania. Stąd zresztą nazwa – Cecylia z Krakowa w ramach Sesilusa zaowocowała Sesilią.

Ruszam w samotną podróż 10 lipca. Na łodzi obok mnie pojawi się Syrena o imieniu Sesilia – rzeźba, której kształtów i ostatecznego wystroju użyczy Cecylia Malik. Zbudujemy ją metodą Marka Jenkinsa – z taśmy klejącej.

Syrena na wodzie musi wszak kusić zniewalającym śpiewem. W oryginale, jak wiemy było ich aż trzy. Tu będzie trzygłosowy śpiew już skomponowany i nagrany przez Dorotę Bąkowską – Rubeńczyk. Co dzień, o zmierzchu będzie się ten śpiew roznosił po wodzie, kusząc wszystkich, którzy znajdą się w jego zasięgu. O ów zasięg i źródło dźwięku zadbał Mistrz Marcin Wasilewski.

 Za dnia natomiast, od wczesnego świtu, będę starał trzymać się głównego nurtu królowej naszych rzek, wsłuchany w jej szmery, głosy ptaków i ewentualne pluskanie wiosła, jedynego narzędzia do operowania „moją” jednostką pływającą.

Bardzo liczę na kontemplacyjny charakter tej wyprawy, choć nie będę też stronił od okolicznościowych i przypadkowych spotkań tak w nurcie, jak i na nadbrzeżnych postojach.

Mając do przepłynięcia około 400 kilometrów, planuję dotrzeć do stolicy po ok. dwóch tygodniach od startu.

piątek, 6 czerwca 2014

Z wizytą u Mistrza

W przestronnej kuchni Mama rozmawia z dość wysoką, starszą panią obfitych kształtów. Najwyraźniej gospodynią domu. Jesteśmy tam z wizytą i czuję się nieco onieśmielony. Stoję w drzwiach prowadzących z szerokiego korytarza i osobę gospodarza zauważam dopiero, gdy unosi się z fotela wciśniętego między stół i ścianę z dużym oknem. Poznaję go natychmiast Charakterystyczna sylwetka, ruchy i twarz oczywiście. Witold Lutosławski. Kieruje się ku mnie i z uśmiechem podaje rękę. Zagaduję coś, że bardzo mi miło poznać i że muzyka taka piękna i że utwory dziecięce.
                       
Gospodarz podchwytuje, że przecież dla dzieci trzeba koniecznie, na dowód podskakuje kilka razy tanecznie po czym wszyscy jesteśmy już w salonie. Tu, Pan Witold najpierw znów gdzieś posadzony, rychło znajduje się na stole, ułożony równo na wznak, z lewą nogą wyłuskaną ze szlafroka, a Pani Lutosławska przymierza się do owijania jej w kostce szerokim bandażem elastycznym. Wyrażam chęć pomocy, ale okazuje się zbędna, więc siadam za dużym stołem i patrzę, jak małżonka opatruje spuchniętą wyraźnie dolną kończynę wielkiego kompozytora.
A kiedy nazajutrz rano, w radiowej Dwójce słyszę drobny utwór Mistrza, zastanawiam się, czy to na pewno moja Mama, też przecież od dawna "na tamtym świecie", czy może raczej Mary Poppins była tej nocy ze mną u państwa Lutosławskich.
 

sobota, 31 maja 2014

Na wyciągnięcie ręki


Sięgam na półkę, która jest w zasięgu ręki i wyciągam „Krótką historię czasu” Stevena W. Hawkinga. Coś trzeba poczytać, kiedy się człowiek wyleguje z powodu niedyspozycji ciała. Skąd ten egzemplarz tam się znalazł, dalibóg nie pomnę. Wydawnictwo Alfa, Warszawa 1990. Dedykacji żadnej nie ma. Może kupiłem tę książkę gdzieś na straganie, a może ktoś mi podarował.
Czytam więc sobie od początku, a tu nagle książka otwiera się ochoczo na stronach 110 i 111. A między nimi skarbik niewielki, dwustronny. Radość z niego ogromna. Szukam drugiego borowika, bo przecież wiem, że występują parami.  Jest!  Między stronami 150 i 151. Dlaczego tyle poruszenia z powodu dwóch starych pożółkłych zdjęć, ukazujących obcych mi ludzi? Na odwrocie pierwszej fotografii  są wszystkie nazwiska.

                                     
Więc nie są anonimowi. Pożółkłość, nieostrość,  załamania przecinające pejzaż i twarze nie martwią nic a nic. Przecież to krótka historia czasu. Nie tak dawno temu siedzieli nad stawem Blediewko. No a jeśli Blediewko, to na pewno nie Mazowsze ani Wielkopolska.
Helena Ołubiec, Maria nie Ołubiec tylko Brzezińska, Jan Brzeziński, Helena Kruczyńska, Władysława Brzezińska, Władysława Brzezińska (macocha), Stanisław Brzeziński, Jan Kruczyński. Ciągle tam siedzą.

                               
A teraz będą mieli jeszcze przytulisko w mojej Księdze /patrz wpis NTSPSSNTR/. Będą też jej niewątpliwą ozdobą. Ale nie sami. Drugie zdjęcie intryguje jeszcze bardziej. Głębiej sięga w mroki czasu. Najpierw za sprawą osoby pięknie wąsatej, słusznego już przecież wieku.
                                          
Jeśli ma z tamtymi coś wspólnego, to jako nestor jednej, a może i obu  rodzin. Pewnie już mocno schorowany, więc nie dał się namówić na piknik nad stawem Blediewko. Ale niechybnie ma  z tamtym nadwodnym miejscem swoje wspomnienia, choćby i takie „nie do fotografii”. Tego nam wszak nie ujawni.
Wszystko w tym niewielkim zdjęciu intryguje. Rozmiar legitymacyjny. Jakiemu dokumentowi jego drugi egzemplarz posłużył? Czy istnieje w jakimś archiwum ów dokument? Kadrowanie od dołu bardzo nieprofesjonalne, ale portret całkiem zgrabnie skomponowany. Tylko dlaczego nie centralnie i czemu kołnierzyk koszuli źle ułożony?  Ano, fotograf spodziewał się pewnie, że w końcu zdjęcie trafi w moje ręce i zadam to pytanie i może nawet uśmiechnął się do tej myśli dyskretnie.

W Księdze, pustych kartek coraz mniej i grzbietowi coraz trudniej obejmować pogrubiane znaleziskami stronice. Stąd i selekcja coraz surowsza. Choć ostatnio nieczęsto przychodzi mi się schylić po coś ciekawego. Ludziska bardziej się chyba pilnują. Może i oni wiedzą, na co jestem łasy. Jak ten gość w Muzeum Prado, który zauważył, że czyhamy na zgnieciony do wyrzutu szkic  i pozbył się go dla nas niezauważalnie.
Ale pan Hawking był szczodry. Wzbogacił swoją opowieść o czasie pięknymi ilustracjami. Wdzięczny mu jestem niezmiernie.

czwartek, 8 maja 2014

Jak kura pazurem


                                                   
                                                    

Dane mi było, w procesie przyswajania wiedzy zetknąć się z kilkoma różnymi alfabetami.  Nauczony w szkole podstaw kaligrafii, czyli standardowego kształtu liter pisanych – małych i dużych oraz ich łączenia, dostałem wkrótce szansę przyswojenia sobie grażdanki – alfabetu języka rosyjskiego. Jego naukę zaczynaliśmy w klasie piątej. Na studiach pojawiła się greka starożytna ze szlachetnymi kształtami liter tego alfabetu. Rok później rozpocząłem naukę sanskrytu wyrażanego pismem dewanagari. Jeszcze po drodze, kazano mi  uczyć się stenografii, a to też system znaków umożliwiających szybki zapis języka mówionego.
                                           
Byłaby ta wyliczanka powodem do dumy, gdyby nie fakt, że zapamiętywanie kształtów znaków graficznych szło mi zawsze jak po grudzie i męką była ta część pracy nad językiem. Oddzielnym tematem są zresztą różne przyczyny trudności w nauce języka. Jako praktyk mam w tej kwestii  zebrany spory materiał do badań.
                                         

Mimo wspomnianych kłopotów, obcowanie z różnymi zapisami języka, tak samo jak z jego różnym brzmieniem, budziło moją ciekawość. Jak to się działo, że określone dźwięki uzyskiwały konkretny kształt graficzny? Przecież ilość dźwięków używanych przez człowieka w procesie komunikacji  nie jest tak wielka jak ich graficznych zapisów.
                                                        
                                              
                                                        

Kiedyś tak się stało, że przestał wystarczać język istniejący tylko w wersji mówionej, z pamięcią jako archiwum akt dawnych i nowych, kodeksów, praw, instrukcji obsługi, poleceń służbowych, opinii, komentarzy, podań, legend i innych tekstów literackich. Sporo było do pamiętania, co zapewne przyczyniło się do powstania pisma. Są o tym książki.
                                                          
                                                         
A skoro już powstało, to ludzka fantazja zadziałała w kwestii bogactwa jego formy. Do niedawna jeszcze sprawą smaku było posługiwanie się nim z elegancją. Dziś przestało obowiązywać pojęcie „ładnego pisma”. Człowiek współczesny, jako indywiduum godne najwyższego szacunku ma prawo pisać „na swój sposób”. 
                                                                                
Sprawia mi to niemały kłopot kiedy sprawdzam teksty esejów maturalnych, ale i to pewnie zniknie za jakiś czas, pokonane klawiaturą urządzeń elektronicznych.
                                             


Jednak dokąd używamy jeszcze pisma odręcznego, przyjemnie jest popatrzeć na nie od strony graficznej. Ciekawe swoją drogą, na ile forma graficzna pisma oddziałuje na czytelnika.
 
 

 

Jak i w jakim stopniu kształt pisma wpływa na człowieka i w procesie uczenia się go w dzieciństwie i później w jego czynnym i biernym stosowaniu. Przyglądam się krytycznie poprzedniej stronie zapisanej odręcznie w notesie i pocieszam, że może fakt, że to „na brudno” i tylko dla siebie, usprawiedliwia jej niechlujny wygląd. Ale widzę też, jak bardzo jest to moje własne pismo.
                                                       
Czy można napisany tekst nazwać partyturą myśli? Bo partytura to ciekawe zjawisko.  Wiemy z grubsza, jak wyglądają te muzyczne w wersji klasycznej. Te nowe są zupełnie inne. Porównywaliśmy je ( a konkretnie Dorota porównywała) z planami architektonicznymi podczas warsztatów. Uczestnicy mieli za zadanie przypisać dźwięki elementom budynku i stworzyć partyturę ze zdjęć obiektu architektonicznego /Pałac Kultury/ tak, aby na koniec można było wykonać utwór dźwiękowy „Pałac Kultury”.

Innym razem, graficzny zapis dźwięków, które udało się wydobyć z plastikowych talerzyków, posłużył do stworzenia partytury utworu, wykonanego z jej odczytu trzykrotnie.

Michał Górczyński w ciekawy i zabawny sposób namawia słuchaczy w swych wykładach performatywnych do tworzenia i korzystania z partytur codzienności.  Przekonuje on, że umiejętne ich stosowanie może bardzo ułatwić życie.

                                           
                                                     
A mnie ciągle interesuje graficzny zapis tego, co daje się przetworzyć na dźwięki czy to mowy, czy muzyki. Ciekawią mnie te formy jako zbiory elementów tworzących wewnętrzne porządki, interesują mnie granice tych zbiorów i to, co dzieje się wokół nich.

 
 
                                      

Zachłannie fotografuję też obiekty przypominające swą strukturą pismo. Nie składają się ze znaków graficznych języka , więc nie wyrażają zakodowanych w sobie treści. Bliskie są jednak zapisom w nieodczytanych językach albo resztkom pisma zatartego upływem czasu.
                                                            
                                          
Jeśli przyglądanie się im z zainteresowaniem pobudza wyobraźnię i przydaje naszemu oglądowi świata trochę smakowitości, to przecież warto się tym uraczyć.

poniedziałek, 5 maja 2014

Ich bin ein Berliner


                            
Nie wolno tak myśleć, po dwóch zaledwie dniach włóczenia się po tym mieście. Ale już wiem, że jest niezwykłe i wkręcające. Jego historia, jej ślady i konsekwencje sprawiają, że kiedy różne Ratyzbony, Kolonie, Paryże czy Florencje mają wyraźną, rozpoznawalną strukturę, to tutaj cechą charakterystyczną wydaje się być otwartość, niedokończoność i zmiana, a z nich wynikająca potencjalność, gotowa objąć każdego.

                                
Tu jakby więcej wolno, na więcej jest miejsce.
Fizyczne resztki muru dzielącego kiedyś miasto też skłaniają do refleksji. Jak głęboką może ona być u tych, którzy nie sięgają problemu własnym doświadczeniem?
                          
Nie ma na to miary. A przecież poza pomazanymi już kolorowo z obu stron betonowymi płytami, upstrzonymi gumą do żucia, przyklejoną w wyrazie pogardy dla narzuconych reżimowo podziałów między ludźmi, istnieją surrealistyczne przestrzenie propagandowo  szerokiej Alei Karola Marksa i zaniedbane, zbiedniałe dzielnice dawnego Berlina Wschodniego.
                       
Została mi w głowie jakby pocztówkowa  impresja z podróży tranzytem na zachód w latach siedemdziesiątych. Oto na Ostbahnhof, nad torami wysoko, na żelaznym podeście, stoją w długich szynelach i papachach dwaj żołnierze radzieccy z rękami wspartymi na słynnych kałasznikowach. Pomnikowi strażnicy granic.
Zbiory w słynnym Pergamonie porażają skalą.

                            
                                    
Oczywiście zaraz pojawia się klasyczny problem zagrabienia tego, co kulturowo jest skąd indziej. Argumenty za i przeciw są znane, ale kontrowersja nie znika.
                                 

Nieopodal naszego hoteliku na Samaritenstrasse we wschodniej części miasta, zaciekawia swą demonstracyjnością okazały squat.
                                   
Kiedy więc zauważam, że brama jest szeroko otwarta, ruszam ku barokowo zaśmieconemu podwórku. Ale nie jest mi dane tam wtargnąć, bo zamiatający chodnik przed wejściem malowniczy squatman broni wstępu. „Tam jest centrala sekretnej instytucji i postronnym obywatelom wchodzić nie wolno.” Doceniam te przezbywanki i ostrzeżenie przed cegłą, która mogłaby spaść mi na głowę.
                                     
Korci mnie wszak przekraczanie granic i wdaję się w polemikę. Wyjaśniam, że ciekawi mnie squatowy świat, ale widzę pewną niekonsekwencję w wyznaczaniu barier przez ludzi, którym ich obalanie jest ideowo bliskie. Powołuję się na swych uczniów w Polsce, którzy są w squatowe przestrzenie zaangażowani.  Wyrażam  ponownie swoją ciekawość tego świata, ale zostaję pouczony,  teraz już po polsku, że jest to niezdrowe zainteresowanie cudzym gównem. Podkreślam osaczenie stereotypowym ujęciem sprawy. Jeśli większość  ludzi z zewnątrz, tak odnosi się do tych tu inaczej zorganizowanych mieszkańców, a oni odpowiadają im na to jedynie szyderczo pogardliwym traktowaniem, to ja, zamiast być zapytany o mój osobisty osąd sprawy i intencje, jestem z góry skazany na wykluczenie. Nie domagam się jednak szacunku dla swoich praw człowieka wolnego.  Pozostawiam  „najemcom” ich utopię zakonu, próbuję jeszcze tylko zrobić zdjęcie alternatywnego podwórka, ale i to wywołuje sprzeciw. 
                       
Przylepiam więc na pożegnanie vlepkę „Whoever you are I wish you well” i wracam do hotelu.
                            
Malownicza ścieżka rowerowa nad Szprewą, wiodąca aż do ogrodów i pałacu w Charlottenburgu, przywraca  wiarę w moc zachodniej, jedynie słusznej cywilizacji. Spokojne dzielnice niewątpliwie zamożnych ludzi zupełnie odwodzą mnie od pomysłu szukania  niedomkniętych bram. Nie ma tu takich wcale.

                             
Lepiej poszukać czegoś, albo nawet kogoś, kto jest. Jedziemy więc na Bulowstrasse, gdzie pod numerem 90, w galerii wystawia swoje prace malarskie dwoje polskich artystów. Z nich bardziej chcę spotkać  Beatę Pflanz, poznaną w Zbąszyniu na Festiwalu i lubianą bardzo zarówno po ludzkiej jak i artystycznej linii. I oto już z daleka daje się zauważyć, pochylona nad obrazem płasko leżącym na koziołkach przed wejściem do galerii.
                                 
Ostatnie pociągnięcia pędzla i finis coronat opus. Radość ze spotkania ogromna.
W dalszej drodze przychodzi nam zaliczyć kolejne niełatwe doświadczenie. Oto zatrzymujemy się przy berlińskim Memoriale Ofiar Holokaustu. Niezwykły to projekt. Foremne betonowe bryły nieco różnej wysokości, ustawione na ogromnej, też nierównej powierzchni, poprzedzielane dość wąskimi prostymi korytarzami, wywierają wielkie wrażenie.

                                  
Znalazłszy się w środku, dostrzega się w dalekiej perspektywie kolorowy świat, ale jeden niewielki krok zmienia tę perspektywę w
osaczenie bezwzględnym betonowym labiryntem.
                                   
Dalsza droga, to już poczucie okrutnej mocy bawiącej się z tobą w kotka i myszkę. Jeszcze trudniej jest, gdy zaczyna się to doświadczenie od przejścia przez niewielkie podziemne muzeum. Najpierw czeka nas ilustrowana pojedynczymi zdjęciami, zwięzła historia narastającego  programowo w przedwojennych Niemczech antysemityzmu prowadzącego do „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”. Potem, w mrocznej sali obok na oddzielnych płytach oryginalne listy pisane na chwilę przed śmiercią w komorach gazowych. Wreszcie multimedialne stanowiska z obszerną informacją i dokumentacją Zagłady. A stamtąd wyjście w środek betonowego labiryntu. Fakt, że w tekstach  mówi się o oprawcach Niemcy , a nie jedynie naziści, jak również to, że pomnik ten znajduje się w centrum Berlina, jest wymowny w kwestii winy i oczyszczenia.
                                       
Rower na pewno nie jest traktowany przez berlińczyków jak zawalidroga na jezdni czy chodniku.

                               
Niemal wszędzie są ścieżki rowerowe. Nikt nie zżyma się na cyklistów. A są ich tysiące. Pysznie było poczuć się jednymi z nich. Z roweru naprawdę więcej widać. Szczególnie, kiedy jest co oglądać.
                               
Udany był ten wypad do Berlina.