środa, 21 września 2011

Była szkoła, nie ma szkoły


Przyniosłem dwie wielkie torby zdjęć do domu. Szkolne archiwum. Mam coś z tym zrobić. Posortować. Poukładać jakoś. Gdzie? Jak? Dlaczego? Bo szkoła się zamknęła. Po 19 latach działalności. Moich w niej siedemnastu.

Przyszło mi do głowy dziś rano, że gdybym miał się do tego zabrać, to razem z pisaniem. Jakimś komentarzem, refleksją, anegdotą.

 



Ośmielenie przyszło po wizycie u Janka i Dobreny na działce. W sobotę 16 lipca. Kilkoro się ich tam zjechało. Znaczy byłych uczniów. Nie pierwszy raz spotykamy się w tej roli. Ale znowu czuję potwierdzenie faktu. Oni są miodzio. Do jedzenia łyżkami. I pociąg jakiś obopólny nie zaniknął a przeciwnie. Pięknie się krystalizuje.

                                     
Będę więc pisał, co mi przyjdzie do głowy, bez żadnej chronologii ani fabuły. A ze zdjęć wybierał te, które mi się podobają, też bez żadnego specjalnego zamysłu ani odniesienia do treści. Tyle że są na nich nasi uczniowie lub nauczycie.

                          
Do szkoły chodziłem jako uczeń, rodzic i nauczyciel.

                                                    
Rodzicom nowych uczniów, na pierwszym zebraniu mówiłem, że z mojego doświadczenia szkoła spełnia cztery podstawowe funkcje i wymieniam je w porządku realnej ważności:
- jest najpierw przechowalnią dzieci, gdy dorośli zajęci są pracą,
- stanowi przestrzeń kontaktów rówieśniczych,
- ma zadanie przekazania pewnej wiedzy, co będzie potwierdzone świadectwem upoważniającym do  
  dalszej nauki,
- ma również spełniać rolę wychowawczą, pospołu z rodzicami.



                               
Fobia szkolna bywa tym cięższa, gdy okazuje się strachem przed przyniesieniem szkolnej porażki do domu i tam nawałem pretensji i kar za zawód i rozczarowanie sprawione rodzicom. To naprawdę odbiera wiarę w siebie, zaniża poczucie własnej wartości i dołuje okropnie.
                                               
Buddenbrokowie Tomasza Manna przynoszą interesujący obraz szkoły z punktu widzenia wrażliwego młodego człowieka. Zgraja szleńców, którą kryje pokój nauczycielski, rozpełzłszy się do swoich klas, daje spektakle arcyciekawe, od żałosnych fars po prawdziwe dramaty. Różny jest poziom nasycenia szaleństwem albo misją kadry pedagogicznej. 
        
                                                                                
Do pokoju nauczycielskiego często wpada się po lekcji jak do narożnika w ringu. Nie ma trenera, który by ręcznikiem powachlował, ale napić się kilka łyków wody lub herbaty można i w paru zdaniach odreagować minioną godzinę. Nie jest jej obraz obiektywny, tak, jak gwizdek niewiele mówi o funkcji parowozu. Czasem owo odreagowanie przybiera charakter nieco kabaretowy, a to już gwizdkowi wypuszczającemu nadmiar pary z kotła jest podobne. Opowiadamy sobie o skrajnościach niektórych pedagogicznych zapętleń, bo gdybyśmy chowali to w sobie, mogłoby doprowadzić do trwałych uszkodzeń naszej wrażliwości.




Anegdota już na blogu cytowana:
Nauczyciel przez pierwsze pięć lat uczy się, przez następne pięć uczy, potem przez pięć lat się nudzi,
a później już tylko nudzi.
 
                           
Anegdota nowa, choć stara. W pierwszej szkole, gdzie byłem za belfra przez 6 lat, tak mówiłem uczniom: „gdy opowiadam wam jakąś anegdotę która was ubawi – śmiejcie się. Jeśli opowiadam ją po raz drugi, śmiejcie się z grzeczności. Gdy słyszycie ją po raz trzeci, ktoś powinien podnieść rękę do góry i zgłosić uprzejmie, że już to kiedyś opowiadałem.” I zaraz poleciała rączka w górę i komentarz – to też już pan nam kiedyś opowiadał.

Maciej, dziś artysta wielkiej klasy, w czasie rozmowy po jego koncercie zaryzykował i przyznał się do uczestnictwa w głośnej niegdyś aferze ukrzywdzenia infrastruktury hydraulicznej w szkole muzycznej. Ujawniam to bez skrupułów, bo czuję, że dziś nic już ani jemu ani mnie za stan świadomości w tej sprawie nie grozi.

                                  
Inny Maciek, też wzięty muzyk instrumentów dętych, po serii prowokacyjnych zachowań na moich pierwszych lekcjach, został przygwożdżony pytaniem ‘na stronie’: „Maćku, dlaczego ty mnie tak mało szanujesz?” Popatrzył mi w oczy hardo i wysyczał - Pan się myli. I prawdę mówił.

                                    
Pewne typy psychofizyczne powielają się. Był taki chłopak kiedyś, jak to mówią, mało ogarnięty. I gestykulację miał jakąś taką charakterystyczną i całą postawę. Wszyscy wołali na niego Christmas. Był nawet lubiany. Chyba nie zdał i odszedł ze szkoły. Przychodzę we wrześniu, patrzę, siedzi. Cieszę się, że cię widzę, Christmas, mówię do niego. To nie Christmas, prostują uczniowie, to nowy. Ale też został Christmasem.
 

Wydaje mi się /bo skąd miałbym wiedzieć napewno/, że nasz zespół nauczycielski w LON 37 radził sobie jakoś ze zjawiskiem agresji. Może fakt, że byliśmy blisko naszych uczniów, bo i klasy nieliczne i pomieszczenie niewielkie, pomógł wpływać na osoby nadmiernie dominujące, by nie dręczyły innych uczniów. Czasem udawało się całą grupę powstrzymać przed rozkręceniem nietolerancji.



Był kiedyś uczeń wielki jak stodoła. Owszem, ten i odgrażał się i rządził  trochę w klasie. Personalnie wszak, na nikogo się nie uwziął. Pojechaliśmy kiedyś w góry. W dwie klasy. Pani od geografii zarządziła wycieczkę po szlaku. Mieliśmy iść wszyscy w zasięgu wzroku. Tyle teoria. Charty wyrwały natychmiast do przodu. I znikły. Maruderzy zostali z tyłu. Dwoje opiekunów nie dopilnuje trzech grup. Po jakimś czasie okazało się, że zniknął też Michał. Problem w tym, że to był chłopak z pewnym fizycznym deficytem. Zrobiło się zupełnie niedobrze. Trzeba było ostro działać. Dopędzić charty. Podzielić grupę na dwie części. Oni z Panią lecą szlakiem aż do końca. Jeśli Michała nie znajdą, zawiadamiają GOPR. Ja z resztą sunę średnim tempem. Na koniec godzinne zejście po odkrytym terenie. Siąpi deszcz. Zostaję z maruderami, w końcu z jednym. Tym wielkoludem, co chciał rządzić. A tu ledwo zipie. Potyka się, przewraca co chwila na mokrych kamieniach. Rozmawiam z nim bez przerwy, opowiadam różne historie, dodaję otuchy. Przecież jak mi tu padnie, to co ja zrobię ze 120 kilogramami ucznia w jednym kawałku. Dzisiejsi powiedzą, że można wysłać SMSa, ale niech pamiętają, że komórkę Pan Bóg wymyślił nie tak dawno temu. A rozdał młodym jeszcze później. Na szczęście zguba się znalazła, a i wielkiego słabeusza udało się doholować. Zabroniłem zgłaszać do uciekiniera jakiekolwiek pretensje, a gdy zapytałem, dlaczego tak zrobił, odrzekł – Poczułem, że słabnę, więc zaciąłem się i widziałem już tylko szlak i szedłem jak najszybciej potrafiłem. Tak był nauczony pokonywać wszystkie trudności. Dlatego wyprzedził wszystkich. Dziś jest już po zagranicznych studiach technicznych i ma się zupełnie nieźle.
 
                          
Czy chętnie podjęlibyśmy pracę, w której co godzinę wymagano by od nas myślenia na zupełnie inny temat i posługiwania się specyficznym językiej coraz to nowej nowej dziedziny?


Gorzkawa jest anegdota o różnicy między amerykańskim i polskim nauczycielem. Ten z USA pyta ucznia tak długo, aż go upewni, że coś jednak wie. Polski nauczyciel pyta tak długo, aż przyłapie ucznia na tym, czego ten nie wie.

Pamiętam, jak beznamiętny, do bólu oszczędny w emocjach był nasz matematyk w liceum. Zresztą jego ksywa Śledź wiele tłumaczy. I pamiętam, jak wzywany do tablicy, stałem przed zadaniem algebraicznym lub innym i kolekcjonowałem długie chwile upokorzenia. Żadnej sugestii, żadnej podpowiedzi. Ja milczałem i on milczał. Wreszcie słyszałem skazujące, ale i kładące kres męce – siadaj, dwa /dzisiejsza jedynka/. Teraz mogłem sobie cichutko doświadczać smaku porażki i obaw o ocenę na okres. Zresztą tradycyjnie już lądowałem najpierw na 2, na półrocze na 3-, potem znowu 2, a na koniec roku po telepaniu się jak świąteczny karp w plastikowej torbie, promujące 3- na koniec roku. Kiedy w klasie dziewiątej /drugiej licealnej/ zastąpił Śledzia inny matematyk „Traktor”, pełen energii, głośny i sympatyczny, zaraz zacząłem dostawać dobre stopnie i nawet zaliczyłem 4 na półrocze. Niestety Śledź wrócił i do końca szkoły słyszałem „siadaj, dwa.”
 
                                     
Każdy nauczyciel zobowiązany jest wypełnić minimum programowe. Na koniec roku winien wpisać w dziennik formułę – minimum programowe zostało zrealizowane. Tego wymaga Kuratorium i Ministerstwo Oświaty. Oj różne są te minima w praktyce. Zresztą za komuny uczono polskie dzieci języka rosyjskiego od 5 klasy do matury – równe 7 lat. A niektórzy nie nauczuli się nawet czytać rosyjskiego alfabetu. Dziś też bywa, że uczeń deklaruje, iż uczy się angielskiego od 8 lat, ale wciąż trochę mylą mu się czasowniki „mieć” i „być”, a formę „I working” uważa za poprawną.

                                                   
Sporo trzeba się czasem natrudzić, by nie ujawniać preferencji wobec niektórych uczniów. Czasem to próżny trud, bo uczniowie są czujni, i raczej zadbać należy by reszta nie uważała się za gorzej traktowanych. Przeprowadzono eksperyment kiedyś taki, że nowemu nauczycielowi wskazano dyskretnie troje wybranych losowo uczniów informując, że są oni niezwykle obiecujący i należy pozwolić rozwijać się ich talentom. Tak zaprogramowany, nawet w ich milczeniu dopatrywał się głębokiego namysłu raczej, niż zwykłej bezradności płynącej z niewiedzy.
                                               
Wuj Fronczak o wszystkich mówił zawsze – dobry człowiek. O jednym, co mu sporo miedzianego drutu podwędził rzekł – dobry człowiek, tylko trochę szachraj. Przydaje się takie podejście często w szkole.

                                 
Jeśli ktoś wygląda na lenia, to albo jest leniem, albo na niego wygląda. A jeśli jest, to dlaczego? Jeśli wszyscy w domu sprzyjają jego lenistwu, to jak on biedny ma się wybronić. Przed nadmiarem słodyczy też niełatwo.

                         
Nauczyciel języka rosyjskiego w liceum sporo mnie nauczył. Nie tylko języka. Był spokojny, merytorycznie sprawny, a co najważniejsze był nam w miarę przychylny i trzymał do wszystkiego pewien dystans. Pozwalaliśmy sobie na różne żarciki wobec niego a on zdawał się to tolerować. I właśnie w tej relacji odkryłem, że tak, jak my bawimy się jego kosztem jego, tak on bawi się naszym. Konwencja w jakiej utrzymywał nasze relacje była ze wszech miar zdrowa. Obficie później w szkole z tych obserwacji korzystałem. Niejednokrotnie zamiast złościć i denerwować, uczniowie rozbawiali mnie schematycznością, przerysowaniem i nieporadnością różnych prób i starań, by mnie przechytrzyć.
                             
Ucieszyłem się bardzo na wieść, że Agata zamierza studiować w Stanach, a jeszcze bardziej, że w Providence School of Design. Mam bowiem znajomych, którzy tam uczą. Marcin wiedzy filmowej a Agnieszka surrealizmu. Są znakomitymi znawcami swych dziedzin wiedzy. I stało się. Agata wylądowała na zajęciach Agnieszki. W 2006 r odwiedziłem ich w Providence i całą czwórką włóczyliśmy się po okolicy przez parę godzin. Mróz był siarczysty, ale było świetnie. Agata rozwija się artystycznie bardzo interesująco i jesteśmy w stałym kontakcie.
                                      

 
Wartością szkoły jest, że nauczyciele, dzieląc się uwagami o uczniach, mają szansę zauważenia sytuacji wymagających interwencji specjalistów. Zdarzyło się, że ze szkoły wyszła sugestia dla rodziców, by zbadać przyczyny niezwyczajnego zachowania ucznia i okazało się, że cierpi on na schizofrenię.

                                   
Mechanizmy wypierania u rodziców a kamuflażu u ich dzieci są tak silne, że to rodzice właśnie  najczęściej  ostatni dowiadują się o problemach z uzależnieniem swoich pociech.
                                     
Praca z coraz to nowymi rocznikami młodych ludzi pozwala zauważać zarówno zmiany w ich podejściu do rzeczywistości, jak i potrzebę oparcia się o wartości stare jak świat.
                                   
Jeśli chce się pracować w szkole, trzeba sprawdzić, czy sprawia to przyjemność inną, niż sprawowanie władzy nad młodymi ludźmi albo dowartościowywanie się ich kosztem.


Na temat edukacji dużo się dziś debatuje, zazwyczaj krytycznie. Próby zmian w szkolnictwie wraźnie nie nadążają za zmianami technologicznymi i społecznymi, a tym bardziej za przemianą świadomości nowych pokoleń. Szkoła jawi się jako przestrzeń sporu i zmagań o wyłonienie nowej jakości.

                                     
Nie jestem zbyt wielkim optymistą, choć jeszcze ciągle widzę sens swojego w szkole istnienia.
                                
 

I jestem przekonany, że 37 Niepubliczne Liceum Ogólnokształcące w Warszawie było "ludzką szkołą w pieskim świecie".



 
 
 
 



wtorek, 20 września 2011

Chyba, że



„Chyba, że”, wystawa Jacka Bąkowskiego i Doroty Bąkowskiej Rubeńczyk w Galerii 2b+r, otwarta 17. 09 do 25.10.
Kiedy wśród januszkowych kaset filmowych odkryliśmy siedem maleńkich notesików 7.5x5.5 cm, od razu poczuliśmy, że będą tematem twórczej interpretacji. Jeden był zupełnie pusty, pozostałe kryły osobiste zapiski z przełomu lat 1960/70. Kryły dosłownie, bowiem oprócz miniaturowego wymiaru i gęstego pisma, zawierały wyraźną instrukcję wypisaną drukowanymi literami na wewnętrznych stroniach okładek: NIE CZYTAĆ BEZ UPOWAŻNIENIA, CHYBA ŻE ZDECHNĘ.
Fragment tego zalecenia posłużył za tytuł wystawy „ Nie czytać... chyba, że”,  w końcu zredukowane do samego „Chyba, że”.
                                      
Problemem w znaczeniu zadania do rozwiązania, było znalezienie sensu zaprezentowania tych zapisków w przestrzeni publicznej. Samo rozwiązanie znaleźliśmy w ich treści. Dotyczyła okresu życia Janusza, w którym zmagał się z poważnym problemem. Tym razem w znaczeniu – kłopotem i trudnością. Było nią staranie o pełnoprawne zaistnienie w świecie sztuki kogoś, kto formalnie jest „człowiekiem z ulicy”. Janusz był samoukiem, artystą intuicyjnym i przez to obarczonym wewnętrzną niepewnością z jednej strony i pasją tworzenia z drugiej. Drzwi do owego świata poczęły  otwierać się właśnie w tamtych latach, przy wydatnej pomocy współpracującej z Januszem,  Jagody Przybylak i jej kontaktom ze środowiskiem artystycznym.
Kolejnym problemem był fakt, że bractwo artystyczne poza pięknymi fasadami, ma też swoje wstydliwe przestrzenie. Przed tymi drugimi Janusz bronił się kategorycznie. Nade wszystko cenił pracę nad kolejnymi projektami. Nawet ich ujawnianie szerokiej publiczności znosił z trudem. Odchorowywał każdy swój wernisaż. Jego ideałem było  tworzyć w zaciszu pracowni i czekać, aż ktoś kiedyś odkryje wartość tych dokonań. Stąd idolem stał się dla niego Wacław Szpakowski, który „katalog linii rytmicznych” tworzył potajemnie i wkładał do szuflady, a ujawnione po śmierci artysty dzieło, zaskoczyło i zadziwiło całe środowisko swoją wartością.
Jeśli ukrywanie i  ujawnianie, żmudna codzienność i doniosłość niektórych chwil, mrówcza praca i powstawanie dzieła są istotą tych zapisków, to nasza wystawa miała na tym właśnie się skupić.
Powstały więc fotografie miniaturowych zapisków w skali 1x1, ale tylko tych stron, które upływ czasu pozbawił czytelności.


Natomiast 10 wybranych kartek czytelnych zostało powiększone do wymiarów 60x90 cm i wydrukowane dwustronnie na transparentnej tkaninie, przez co zapiski nałożyły się na siebie tracąc czytelność.

                                               
Część wizualna wystawy została dopełniona przestrzenią dźwiękową autorstwa Doroty Bąkowskiej Rubeńczyk. Tworzą ową przestrzeń nakładające się na siebie głosy Janusza opowiadającego o sobie, Jacka i Doroty próbujących odczytywać zapiski Janusza i utworu muzycznego Doroty „Napisy końcowe”. Tu nie tyle czytelność, co słyszalność ulega opisanemu wyżej procesowi.
Wystawa „Chyba, że” jest drugim już projektem poświęconym osobie Janusza. Pierwszym był „Tu mieszkał mój Ojciec” pokazany w Zbąszyniu w 2010 r. Oba przygotowali wspólnie Jacek, jego syn i Dorota, wnuczka. Dorota jest też autorką przestrzeni dźwiękowych do innych projektów Jacka i Janusza.  Wydaje się to być przekonującym dowodem wyjątkowo silnego oddziaływania jego twórczej osobowości. Wiedzą zresztą o tym wszyscy, którzy mieli okazję Janusza spotykać. 

                                         fot. Jagoda Przybylak















niedziela, 24 lipca 2011

Sznurki


W domu od zawsze był worek ze sznurkami. Powiązane w kłębki albo splątane, cienkie, średnie i grube, konopne i papierowe, wypełniały jego wnętrze. Inspiracja, by zużyć je wszystkie wzięła się chyba z „Gry w klasy” Julio Cortazara. Bo tam były kulkowce. Zabraliśmy się z Tomkiem Tuszko ochoczo do roboty.
                         
 Wiązaliśmy sznurki ze sobą i ze wszystkimi miejscami w moim pokoju, do których dało się je zaczepić. Plątanina narastała szybko ku naszej uciesze i czyniła przestrzeń coraz mniej funkcjonalną.
                         
 Skończyło się tym, że przez następne dwa tygodnie musiałem czołgać się po podłodze do własnego łóżka. Kres ostateczny instalacji położył Krzysztof, mój brat, wróciwszy z wyjazdu do wspólnego, dzielonego ze mną pokoju. Nie będąc autorem dzieła, bez skrupułów dokonał jego desakralizacji, przywracając porządek i ład.
Co ciekawe, po latach odnalazłem ślad naszego działania w tajemnych zapiskach mojego Ojca. Skomentował w nich sytuację i dodał – przynajmniej nikt nie będzie mu właził do pokoju.
 

Tamten dawny, z 1971 roku projekt – zabawa, znalazł swoją kontynuację w akcji angażującej przechodniów „I Ty się przywiąż”, na Dniu Ziemi w 2001 r. Tam, zainteresowani mogli dowiązać się wraz ze szmatką z wypisanym imieniem, tworząc ciąg – wspólną plątaninę w wyznaczonej granicami słupków przestrzeni. Działania te robiłem we współpracy z Laboratorium Edukacji Twórczej CSW Zamek Ujazdowski.
 

                       




wtorek, 12 lipca 2011

Niedziela, z trzech dni

W Zbąszyniu, z okazji otwarcia w sobotę wystawy "Środek środka" w Galerii Baszta. Mała zaciemniona salka - idealne miejsce dla Księgi. Muzyka Doroty sączy się ze środka, a odtwarzacza i głośników wcale nie widać. Nie wyobrażam już sobie Księgi bez tych dźwięków. Z niej wypływają. Wypełniają przestrzeń sali, skłaniając do kontemplacji. Odbiór pracy znakomity. Publika różna, od koneserów do sąsiadów z kempingu. Zaciekawienie, pytania, a wcześniej jeszcze, wśród serdecznych powitań, Asia z aparatem, foto-notująca i jej słowa tak miłe, że aż zaskakujące. I Kasia i Irek Solarkowie. Niezawodni, wspaniali.
Ale już jest niedziela, czyli dzień następny.
Pierwsze kroki rano - sprawdzić, czy wyschła półka na książki zrobiona z pudeł. Pomalowana na czarno.

 
Bo o dziewiątej na rynku czytam Zbąszynianom poezję. Siedzę koło koźlarza, naprzeciw kościoła.
Wychodzą ludzie po mszy rannej, przyglądają się, czytają słowa zachęty, ale powściągliwi są bardzo. Z czasem, powoli sprawa się rozkręca. Pojawiają się znajomi, zatrzymują przechodnie. Dają się zaczepiać. Są momenty wzruszające, trafiają się koneserzy poezji. Dzieci zaśmiewają się z Rupaków.

                          

                            

                            

                            
Dawny Burmistrz częstuje kawą. Pogoda sprzyja do południa. Potem wiatr robi swój porządek z poezją. Spadają po kolei z półki mistrzowie pióra.  Leci na łeb Tetmajer, za nim miesięcznik Poezja,. "Pieśni miłosne Hafiza" walą się na bruk. Jonasz - nasz niezawodny asystent, pomaga zwinąć wierszowany interes. Udziela nam się ulotność poezji. Mkniemy na kawę do Solarków, na wieś. A u nich pięknie jak zawsze, i ogród i pies wielki jak cielę i smakołyki i dobre rozmowy. Doroty z Kubą Solarkiem o muzyce też. Ale nie długie, bo jeszcze jest do zobaczenia ogród mamy Kasi w Zbąszyniu. A to taki ogród, jakie się w pismach o ogrodach ogląda. Troszkę zaniedbany - tłumaczy mama. I dlatego piękniej tu, niż w pismach.

                         
Teraz ja sam lecę dalej. Dorota z Agatką muszą odpocząć. Lecę niedaleko, do wsi Chrośniewo. Tam, w remizie, pierwsza w historii tego miejsca wystawa. Wojtek Olejniczak pokazuje duże powiększenia zdigitalizowanych negatywów na szkle ze zbiorów swego ojca - zbąszyńskiego niegdyś fotografa.


 
 Ojciec najwyraźniej przygląda się temu z Wysoka i śmieje w głos, gdy Wojtek zgodnie z lokalną tradycją, zaledwie 5 lat temu zaniechaną, pędzi po wsi rowerem i dzwoni specjalnym dzwonkiem, a ludzie z domów wychodzą, by ogłoszenia wysłuchać. O wystawie, która wnet się w remizie otwiera.


 
 I faktycznie, za chwilę wieś cała do remizy wali, zdjęcia ogląda, nad zdjęciami w księgi spiętymi się pochyla, a starzy palcem wodzą i wykrzykują - to moja babka, a to stryj, tu Kazek od Walendów z ojcem. Ludzie tłoczą się wokół tego świata, co go nie ma, a Wojtek fotografuje ich, by następne pokolenia wykrzykiwać mogły swoje nad nimi odkrycia.

                            





Jeszcze nie wieczór, kiedy Kasia Lachowicz dzwoni, że już są w Zbąszyniu, więc wiodę ich do Baszty i znów jest Księga i muzyka i skupione słuchanie i oglądanie.

                                                          fotografie autora i Doroty

 Ale niedługo, bo o dwudziestej Jeff Gburek i Karolina Ossowska zaczynają wieczór finalny swych warsztatów muzycznych z miejscową młodzieżą i film jest też pokazywany - owoc warsztatu filmowego.
Muzyka dominuje. Spektakl jest fascynujący. Jeff zaczyna w roli performera - dyrygenta. Muzyka kreowana jego gestem i ruchem postaci, jednako z twórczym uniesieniem młodych artystów, daje koncert wyborny. Ciąg dalszy, już współ-instrumentalnie, bez gestykulacji, nie przestaje fascynować do końca, a trwa nieomal godzinę. Rewelacja. Wracamy z zawrotem głowy, a przecież bez wina zupełnie. Oszołomieni ilością wrażeń odebranych w tym jednym dniu. Dziesiątego lipca, dwa tysiące jedenastego roku, w Zbąszyniu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 4 lipca 2011

Ankieta???

Kilka pytań, zadanych niedawno komuś miłemu, spotkało się, obok  interesujących odpowiedzi, z komentarzem, że brzmią jak ankieta. Stąd moje dziś nad ankietą sądy.
Uznając znaczenie tego rodzaju badań /np Raport Kinseya/, sam nigdy nie odczuwałem satysfakcji z wypełniania ankiet. Raczej poczucie spełnienia czyjejś prośby lub wywiązywania się z obowiązku /Spis Powszechny/. Niezbyt też interesowały mnie wyniki.
Skąd moja względem ankiet nieufność? Zapewne z dostrzegania możliwości przekłamań na wielu poziomach. I nawet jeśli jeden poziom intencją i rzetelnością warsztatową gwarantuje uczciwość, to następny może zaraz sprawę zagmatwać, czy to świadomie, czy bezwiednie. O jakich poziomach myślę?
Pierwszy, to intencja pomysłodawcy ankiety.
Drugi, to technika konstruowania pytań.
Trzeci, to sposób prezentowania tych pytań odbiorcy. I nie tylko przekaz ustny i kontakt ankietera z respondentem mam na uwadze, ale i owe formularze przedkładane odbiorcy do wypełnienia. Kto, gdzie, w jakich okolicznościach tego dokonuje.
Czwarty, to odczytywanie  i opracowywanie odpowiedzi przez tych, którzy ankietę wypełniają.
Piąte, to odczytywanie i interpretowanie ankiety przez tych, którzy ją zamawiają.
Szóste, to ujawnienie wyników ankiety tym, którzy są nią zainteresowani lub tym, dla których ją przeznaczono.
Przykładem wszystkich poziomów tyczącym, niech będą sondaże przedwyborcze.
Teren dla manipulacji wszelakich jawi mi się większy niż boisko piłkarskie.

Czego świadom będąc, przystępuję do formułowania ankety dla Was, Najmilsi, z nadzieją uniknięcia błędów i przekłamań.
Jeśli zadacie sobie trud odpowiedzi, uradujecie mnie niepomiernie. Jeśli tylko pytania przeczytacie, będzie mi bardzo miło. Jeśli z refutacją się spotkam, uznam to za akt wyboru, który też ma wartość relacji. /"Sami swoi"/.
Tym, którzy nic nie zauważą zgoła, tak jak i tym, co na ulicy nie spostrzegają wiele, w siebie wmyśleni, znajomych czasem mijając bez słowa, nic mi mówić nie wypada, bo to ich tylko wybór, dyspozycja lub usposobienie. Zresztą proporcja niezauważanego do tego co spostrzeżone, a jeszcze i zreflektowane, mówi sama za siebie. Nie da się wszak świata całego zobaczyć.
Ale i na to jest anegdota warta przytoczenia. Oto rozmawia młoda dziennikarka z prof. Andrzejem Strumiłło, u niego w gospodarstwie na Suwalszczyźnie i pyta: "Czemu Pan, człowiek w świecie znany i bywały, uciekł tu, tak daleko od tego świata? Widzi Pani - odparł artysta, to jest tak, że w pewnym wieku świat jest tu, gdzie się jest."
Więc patrzmy najpierw zachłannie na świat szeroki, by go potem widzieć zawsze wokół siebie.
Ale ankieta już się niecierpliwi i przebiera pytaniami.
Ale jeszcze jedno. Niech odpowiedzi na pytania rozstrzygające nie zamykają się w schemacie tak - nie.
Niech zagrają pełnią: O, tak! Bardzo! Och, tak, tak! No jasne. Oczywiście. Ma się rozumieć. Pewnie, że tak. No tak..chyba. Może i tak. Niestety tak. Tak, ale co z tego. I tak i nie. Raczej nie. Chyba nie. Niestety, nie. Nie, no skąd! Nie, a co? Nie, w życiu. Nie, a ty? Nie, spadaj! Nie, Wysoki Sądzie. Nie, mój drogi/kochanie. Nie ma mowy. Weź wyluzuj! Nigdy, never. No, co ty? W grę wchodzą też inne wersje łącznie z uzasadnieniem.
Już.
Pytanie 1. Czy budząc się i otwierając oczy spostrzegasz anioła stróża czujnie wpatrzonego w Twoją zaspaną twarz i uśmiechającego się przyjaźnie i szczerze?

Pytanie 2. Czy boisz mu się powiedzieć "cześć", ze względu na nieumyte jeszcze zęby i tylko próbujesz uśmiechać się doń, co wypada blado i nieprzekonująco?

Pytanie 3. Czy zauważyłeś, że we wszystkich podręcznikach do nauki języka, opis rutynowych czynności dnia uwzględnia wstawanie, mycie i ubieranie, a pomija potrzeby fizjologiczne?
Czy znając języki obce, też je pomijasz? Jeśli tak, koniecznie wyjaw, jak to robisz. Moja ciekawość nie kryje w sobie żadnej dewiacji.

Pytanie 4. Czy patrząc na zegarek oddajesz każdorazowo hołd Immanuelowi Kantowi z Królewca, który przyjął czas i przestrzeń za pochodne naszych zmysłów, a więc tylko w naszym środku tykające i rozciągłe. Ów Kant mało podróżował, a "Słownik filozofii" autorstwa Didier Julia utrzymuje że "nie opuścił nigdy swego rodzinnego miasta". Tę nieścisłość pomogła dziś zdementować Gosia, która przeczytała mi do słuchawki tekst z kamienia, przed  którym zatrzymała się na moją prośbę, w drodze do domu. Cytuję Gosię, która cytuje tekst:
Immanuel Kant, urodzony 22 kwietnia 1724 r. Zmarły 12 lutego 1804 r. Profesor i Rektor Uniwersytetu Królewieckiego "Albertina", filozof, logik, matematyk, fizyk, geograf. Najwybitniejszy filozof XVIII stulecia. Jeden z największych filozofów w dziejach świata. Twórca krytycyzmu. Autor "Krytyki czystego rozumu".
Zimą 1765/1766 po raz pierwszy przebywał w Gołdapi na zaproszenie dowódcy garnizonu, generała Daniela Fryderyka von Lossow. Była to najdłuższa podróż w życiu Królewieckiego Samotnika.

Pytanie 5. Czy doświadczyłeś/łaś kiedyś niemiłego uczucia, że chcesz poruszać palcami w bucie, ale jest ciasny i krępuje twoją stopę więc popadasz w buto-klaustrofobię i musisz natychmiast zerwać ten but z nogi, co sprawia, że odzyskujesz poczucie prawdziwej, należnej Ci wolności?

Pytanie 6. Czy potrafisz dzień święty święcić, a powszedni tą samą świętością uświęcać?

Pytanie 7. Jak długo powinien wg Ciebie nasiąkać życiem Sesilus, by ktoś zechciał powiedzieć lub pomyśleć - chciałbym być taki, jak Sesilus?

Pytanie 8. Czy szedłeś/szłaś kiedyś tyłem dłuższą chwilę, ot tak, dla zabawy i widziałeś/łaś przed sobą to, co za Tobą?

Pytanie 9. Czy rozważałeś/łaś wzięcie do domu, na pobyt stały zwierzątek takich - nietoperza, dżdżownicy, żywych dafni bez ryb,co je jedzą, lub tego ptaszka z puszczy amazońskiej, który ma system trawienny jak krowa, więc zielone jedzonko musi w nim fermentować, a że jest mały i ma cienką skórkę, to cuchnie treścią pokarmową okrutnie?

Pytanie 10. Czy lubisz siorbać gorącą herbatę, albo czy lubisz to robić wiedząc, że to nie wypada, ale przecież wspaniale smakuje, albo po prostu siorbiesz i już?

Pytanie 11. Czy uważasz, że sztuka współczesna jest głupia, brzydka i nigdy nie wiadomo, o co w niej chodzi?

Pytanie 12. Czy wierzysz w wyższość margaryny nad masłem?

Pytanie 13. Czy śniło Ci się, że byłeś naleśnikiem, bo mojej Mamie się śniło?

Pytanie 14. Czy gdybyś teraz się uśmiechnął/ęła patrząc w okno, to pomyślał/a byś, że to idiotyczne tak się uśmiechać, ale może jednak spojrzałeś/aś w okno, choć na poważnie, to też coś. I jak? Ładnie dziś na dworze/ na polu? To może warto się przejść, wcale nie na zakupy. Ale tak po nic łazić, to bez sensu. Over.

Pytanie 15. Jedna dziewczyna powiedziała - jak jest całkiem cicho, to mnie uszy bolą. A Ciebie?

Pytanie 16. Czy nie uważasz, że jak na jeden raz, to już dosyć tych pytań?

Pytanie 16 bis. Czy nie warto by postawić jeszcze kilku pytań, na przykład w kwestii butów, zapachów, tańców wirowych, wróżek i strzyg, krycia dachów strzechą i gontem, leków przeciw urokom, lenistwu naszych najbliższych i bzdurnym pytaniom ankieterów?