niedziela, 24 lipca 2011

Sznurki


W domu od zawsze był worek ze sznurkami. Powiązane w kłębki albo splątane, cienkie, średnie i grube, konopne i papierowe, wypełniały jego wnętrze. Inspiracja, by zużyć je wszystkie wzięła się chyba z „Gry w klasy” Julio Cortazara. Bo tam były kulkowce. Zabraliśmy się z Tomkiem Tuszko ochoczo do roboty.
                         
 Wiązaliśmy sznurki ze sobą i ze wszystkimi miejscami w moim pokoju, do których dało się je zaczepić. Plątanina narastała szybko ku naszej uciesze i czyniła przestrzeń coraz mniej funkcjonalną.
                         
 Skończyło się tym, że przez następne dwa tygodnie musiałem czołgać się po podłodze do własnego łóżka. Kres ostateczny instalacji położył Krzysztof, mój brat, wróciwszy z wyjazdu do wspólnego, dzielonego ze mną pokoju. Nie będąc autorem dzieła, bez skrupułów dokonał jego desakralizacji, przywracając porządek i ład.
Co ciekawe, po latach odnalazłem ślad naszego działania w tajemnych zapiskach mojego Ojca. Skomentował w nich sytuację i dodał – przynajmniej nikt nie będzie mu właził do pokoju.
 

Tamten dawny, z 1971 roku projekt – zabawa, znalazł swoją kontynuację w akcji angażującej przechodniów „I Ty się przywiąż”, na Dniu Ziemi w 2001 r. Tam, zainteresowani mogli dowiązać się wraz ze szmatką z wypisanym imieniem, tworząc ciąg – wspólną plątaninę w wyznaczonej granicami słupków przestrzeni. Działania te robiłem we współpracy z Laboratorium Edukacji Twórczej CSW Zamek Ujazdowski.
 

                       




wtorek, 12 lipca 2011

Niedziela, z trzech dni

W Zbąszyniu, z okazji otwarcia w sobotę wystawy "Środek środka" w Galerii Baszta. Mała zaciemniona salka - idealne miejsce dla Księgi. Muzyka Doroty sączy się ze środka, a odtwarzacza i głośników wcale nie widać. Nie wyobrażam już sobie Księgi bez tych dźwięków. Z niej wypływają. Wypełniają przestrzeń sali, skłaniając do kontemplacji. Odbiór pracy znakomity. Publika różna, od koneserów do sąsiadów z kempingu. Zaciekawienie, pytania, a wcześniej jeszcze, wśród serdecznych powitań, Asia z aparatem, foto-notująca i jej słowa tak miłe, że aż zaskakujące. I Kasia i Irek Solarkowie. Niezawodni, wspaniali.
Ale już jest niedziela, czyli dzień następny.
Pierwsze kroki rano - sprawdzić, czy wyschła półka na książki zrobiona z pudeł. Pomalowana na czarno.

 
Bo o dziewiątej na rynku czytam Zbąszynianom poezję. Siedzę koło koźlarza, naprzeciw kościoła.
Wychodzą ludzie po mszy rannej, przyglądają się, czytają słowa zachęty, ale powściągliwi są bardzo. Z czasem, powoli sprawa się rozkręca. Pojawiają się znajomi, zatrzymują przechodnie. Dają się zaczepiać. Są momenty wzruszające, trafiają się koneserzy poezji. Dzieci zaśmiewają się z Rupaków.

                          

                            

                            

                            
Dawny Burmistrz częstuje kawą. Pogoda sprzyja do południa. Potem wiatr robi swój porządek z poezją. Spadają po kolei z półki mistrzowie pióra.  Leci na łeb Tetmajer, za nim miesięcznik Poezja,. "Pieśni miłosne Hafiza" walą się na bruk. Jonasz - nasz niezawodny asystent, pomaga zwinąć wierszowany interes. Udziela nam się ulotność poezji. Mkniemy na kawę do Solarków, na wieś. A u nich pięknie jak zawsze, i ogród i pies wielki jak cielę i smakołyki i dobre rozmowy. Doroty z Kubą Solarkiem o muzyce też. Ale nie długie, bo jeszcze jest do zobaczenia ogród mamy Kasi w Zbąszyniu. A to taki ogród, jakie się w pismach o ogrodach ogląda. Troszkę zaniedbany - tłumaczy mama. I dlatego piękniej tu, niż w pismach.

                         
Teraz ja sam lecę dalej. Dorota z Agatką muszą odpocząć. Lecę niedaleko, do wsi Chrośniewo. Tam, w remizie, pierwsza w historii tego miejsca wystawa. Wojtek Olejniczak pokazuje duże powiększenia zdigitalizowanych negatywów na szkle ze zbiorów swego ojca - zbąszyńskiego niegdyś fotografa.


 
 Ojciec najwyraźniej przygląda się temu z Wysoka i śmieje w głos, gdy Wojtek zgodnie z lokalną tradycją, zaledwie 5 lat temu zaniechaną, pędzi po wsi rowerem i dzwoni specjalnym dzwonkiem, a ludzie z domów wychodzą, by ogłoszenia wysłuchać. O wystawie, która wnet się w remizie otwiera.


 
 I faktycznie, za chwilę wieś cała do remizy wali, zdjęcia ogląda, nad zdjęciami w księgi spiętymi się pochyla, a starzy palcem wodzą i wykrzykują - to moja babka, a to stryj, tu Kazek od Walendów z ojcem. Ludzie tłoczą się wokół tego świata, co go nie ma, a Wojtek fotografuje ich, by następne pokolenia wykrzykiwać mogły swoje nad nimi odkrycia.

                            





Jeszcze nie wieczór, kiedy Kasia Lachowicz dzwoni, że już są w Zbąszyniu, więc wiodę ich do Baszty i znów jest Księga i muzyka i skupione słuchanie i oglądanie.

                                                          fotografie autora i Doroty

 Ale niedługo, bo o dwudziestej Jeff Gburek i Karolina Ossowska zaczynają wieczór finalny swych warsztatów muzycznych z miejscową młodzieżą i film jest też pokazywany - owoc warsztatu filmowego.
Muzyka dominuje. Spektakl jest fascynujący. Jeff zaczyna w roli performera - dyrygenta. Muzyka kreowana jego gestem i ruchem postaci, jednako z twórczym uniesieniem młodych artystów, daje koncert wyborny. Ciąg dalszy, już współ-instrumentalnie, bez gestykulacji, nie przestaje fascynować do końca, a trwa nieomal godzinę. Rewelacja. Wracamy z zawrotem głowy, a przecież bez wina zupełnie. Oszołomieni ilością wrażeń odebranych w tym jednym dniu. Dziesiątego lipca, dwa tysiące jedenastego roku, w Zbąszyniu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 4 lipca 2011

Ankieta???

Kilka pytań, zadanych niedawno komuś miłemu, spotkało się, obok  interesujących odpowiedzi, z komentarzem, że brzmią jak ankieta. Stąd moje dziś nad ankietą sądy.
Uznając znaczenie tego rodzaju badań /np Raport Kinseya/, sam nigdy nie odczuwałem satysfakcji z wypełniania ankiet. Raczej poczucie spełnienia czyjejś prośby lub wywiązywania się z obowiązku /Spis Powszechny/. Niezbyt też interesowały mnie wyniki.
Skąd moja względem ankiet nieufność? Zapewne z dostrzegania możliwości przekłamań na wielu poziomach. I nawet jeśli jeden poziom intencją i rzetelnością warsztatową gwarantuje uczciwość, to następny może zaraz sprawę zagmatwać, czy to świadomie, czy bezwiednie. O jakich poziomach myślę?
Pierwszy, to intencja pomysłodawcy ankiety.
Drugi, to technika konstruowania pytań.
Trzeci, to sposób prezentowania tych pytań odbiorcy. I nie tylko przekaz ustny i kontakt ankietera z respondentem mam na uwadze, ale i owe formularze przedkładane odbiorcy do wypełnienia. Kto, gdzie, w jakich okolicznościach tego dokonuje.
Czwarty, to odczytywanie  i opracowywanie odpowiedzi przez tych, którzy ankietę wypełniają.
Piąte, to odczytywanie i interpretowanie ankiety przez tych, którzy ją zamawiają.
Szóste, to ujawnienie wyników ankiety tym, którzy są nią zainteresowani lub tym, dla których ją przeznaczono.
Przykładem wszystkich poziomów tyczącym, niech będą sondaże przedwyborcze.
Teren dla manipulacji wszelakich jawi mi się większy niż boisko piłkarskie.

Czego świadom będąc, przystępuję do formułowania ankety dla Was, Najmilsi, z nadzieją uniknięcia błędów i przekłamań.
Jeśli zadacie sobie trud odpowiedzi, uradujecie mnie niepomiernie. Jeśli tylko pytania przeczytacie, będzie mi bardzo miło. Jeśli z refutacją się spotkam, uznam to za akt wyboru, który też ma wartość relacji. /"Sami swoi"/.
Tym, którzy nic nie zauważą zgoła, tak jak i tym, co na ulicy nie spostrzegają wiele, w siebie wmyśleni, znajomych czasem mijając bez słowa, nic mi mówić nie wypada, bo to ich tylko wybór, dyspozycja lub usposobienie. Zresztą proporcja niezauważanego do tego co spostrzeżone, a jeszcze i zreflektowane, mówi sama za siebie. Nie da się wszak świata całego zobaczyć.
Ale i na to jest anegdota warta przytoczenia. Oto rozmawia młoda dziennikarka z prof. Andrzejem Strumiłło, u niego w gospodarstwie na Suwalszczyźnie i pyta: "Czemu Pan, człowiek w świecie znany i bywały, uciekł tu, tak daleko od tego świata? Widzi Pani - odparł artysta, to jest tak, że w pewnym wieku świat jest tu, gdzie się jest."
Więc patrzmy najpierw zachłannie na świat szeroki, by go potem widzieć zawsze wokół siebie.
Ale ankieta już się niecierpliwi i przebiera pytaniami.
Ale jeszcze jedno. Niech odpowiedzi na pytania rozstrzygające nie zamykają się w schemacie tak - nie.
Niech zagrają pełnią: O, tak! Bardzo! Och, tak, tak! No jasne. Oczywiście. Ma się rozumieć. Pewnie, że tak. No tak..chyba. Może i tak. Niestety tak. Tak, ale co z tego. I tak i nie. Raczej nie. Chyba nie. Niestety, nie. Nie, no skąd! Nie, a co? Nie, w życiu. Nie, a ty? Nie, spadaj! Nie, Wysoki Sądzie. Nie, mój drogi/kochanie. Nie ma mowy. Weź wyluzuj! Nigdy, never. No, co ty? W grę wchodzą też inne wersje łącznie z uzasadnieniem.
Już.
Pytanie 1. Czy budząc się i otwierając oczy spostrzegasz anioła stróża czujnie wpatrzonego w Twoją zaspaną twarz i uśmiechającego się przyjaźnie i szczerze?

Pytanie 2. Czy boisz mu się powiedzieć "cześć", ze względu na nieumyte jeszcze zęby i tylko próbujesz uśmiechać się doń, co wypada blado i nieprzekonująco?

Pytanie 3. Czy zauważyłeś, że we wszystkich podręcznikach do nauki języka, opis rutynowych czynności dnia uwzględnia wstawanie, mycie i ubieranie, a pomija potrzeby fizjologiczne?
Czy znając języki obce, też je pomijasz? Jeśli tak, koniecznie wyjaw, jak to robisz. Moja ciekawość nie kryje w sobie żadnej dewiacji.

Pytanie 4. Czy patrząc na zegarek oddajesz każdorazowo hołd Immanuelowi Kantowi z Królewca, który przyjął czas i przestrzeń za pochodne naszych zmysłów, a więc tylko w naszym środku tykające i rozciągłe. Ów Kant mało podróżował, a "Słownik filozofii" autorstwa Didier Julia utrzymuje że "nie opuścił nigdy swego rodzinnego miasta". Tę nieścisłość pomogła dziś zdementować Gosia, która przeczytała mi do słuchawki tekst z kamienia, przed  którym zatrzymała się na moją prośbę, w drodze do domu. Cytuję Gosię, która cytuje tekst:
Immanuel Kant, urodzony 22 kwietnia 1724 r. Zmarły 12 lutego 1804 r. Profesor i Rektor Uniwersytetu Królewieckiego "Albertina", filozof, logik, matematyk, fizyk, geograf. Najwybitniejszy filozof XVIII stulecia. Jeden z największych filozofów w dziejach świata. Twórca krytycyzmu. Autor "Krytyki czystego rozumu".
Zimą 1765/1766 po raz pierwszy przebywał w Gołdapi na zaproszenie dowódcy garnizonu, generała Daniela Fryderyka von Lossow. Była to najdłuższa podróż w życiu Królewieckiego Samotnika.

Pytanie 5. Czy doświadczyłeś/łaś kiedyś niemiłego uczucia, że chcesz poruszać palcami w bucie, ale jest ciasny i krępuje twoją stopę więc popadasz w buto-klaustrofobię i musisz natychmiast zerwać ten but z nogi, co sprawia, że odzyskujesz poczucie prawdziwej, należnej Ci wolności?

Pytanie 6. Czy potrafisz dzień święty święcić, a powszedni tą samą świętością uświęcać?

Pytanie 7. Jak długo powinien wg Ciebie nasiąkać życiem Sesilus, by ktoś zechciał powiedzieć lub pomyśleć - chciałbym być taki, jak Sesilus?

Pytanie 8. Czy szedłeś/szłaś kiedyś tyłem dłuższą chwilę, ot tak, dla zabawy i widziałeś/łaś przed sobą to, co za Tobą?

Pytanie 9. Czy rozważałeś/łaś wzięcie do domu, na pobyt stały zwierzątek takich - nietoperza, dżdżownicy, żywych dafni bez ryb,co je jedzą, lub tego ptaszka z puszczy amazońskiej, który ma system trawienny jak krowa, więc zielone jedzonko musi w nim fermentować, a że jest mały i ma cienką skórkę, to cuchnie treścią pokarmową okrutnie?

Pytanie 10. Czy lubisz siorbać gorącą herbatę, albo czy lubisz to robić wiedząc, że to nie wypada, ale przecież wspaniale smakuje, albo po prostu siorbiesz i już?

Pytanie 11. Czy uważasz, że sztuka współczesna jest głupia, brzydka i nigdy nie wiadomo, o co w niej chodzi?

Pytanie 12. Czy wierzysz w wyższość margaryny nad masłem?

Pytanie 13. Czy śniło Ci się, że byłeś naleśnikiem, bo mojej Mamie się śniło?

Pytanie 14. Czy gdybyś teraz się uśmiechnął/ęła patrząc w okno, to pomyślał/a byś, że to idiotyczne tak się uśmiechać, ale może jednak spojrzałeś/aś w okno, choć na poważnie, to też coś. I jak? Ładnie dziś na dworze/ na polu? To może warto się przejść, wcale nie na zakupy. Ale tak po nic łazić, to bez sensu. Over.

Pytanie 15. Jedna dziewczyna powiedziała - jak jest całkiem cicho, to mnie uszy bolą. A Ciebie?

Pytanie 16. Czy nie uważasz, że jak na jeden raz, to już dosyć tych pytań?

Pytanie 16 bis. Czy nie warto by postawić jeszcze kilku pytań, na przykład w kwestii butów, zapachów, tańców wirowych, wróżek i strzyg, krycia dachów strzechą i gontem, leków przeciw urokom, lenistwu naszych najbliższych i bzdurnym pytaniom ankieterów?

czwartek, 23 czerwca 2011

Długo przygotowywany

Długo przygotowywany pomysł czytania ludziom wierszy na ulicy ziścił się w niedzielę 19 czerwca 2011 r.
Znalazł miejsce w ramach projektu "Muzeum bez ścian" realizowanego przez Fundację Sztuka i Współczesność, a kokretnie przez Maję Parczewską i Janusza Byszewskiego.
Pomagała mi w tym przedsięwzięciu Dorota, stąd bogata dokumentacja zdjęciowa.

                                 
 Było świetnie. Od 11 rano do 17 czytałem niemal nieprzerwanie wiersze. Słuchały maluchy, średniaki i starszaki zupełne też. Ale nie tylko słuchali. Sami recytowali. I nie zawsze w naszym języku. Był Baudlaire w oryginale i Heine po niemiecku. Mikołaj Bieszczadowski mówił też własne wiersze. Słuchano z uwagą i wciąż nowi przechodnie przerywali spacer by pobyć chwilę w kręgu poezji. Byli też tacy, co prosili o konkretnych poetów. I tacy, co siadali z przesłaniem - ma pan dla mnie wiersz? Proszę bardzo, słucham.
Wśród przygotowanych tomików znalazły się też prawdziwe cymelia, jako to, napisane odręcznie przez Tomka, dawno temu, jego tłumaczenia poezji haiku, które mi wtedy podarował. Czytałem je w niedzielę z komentarzem o pochodzeniu i oto znajduję, że wrażliwi słuchacze proszą mnie o ich udostępnienie, bo wielkie  wrażenie wywołały. A mnie jest miło być pośrednikiem tak pięknych emocji. I myślę, że Tomek nie poda mnie do sądu za moją samowolkę.
 
     
 

Zresztą teraz czas na moje dzikie street-artowe harce i swawole. Wnet ruszę w miasto, by siąść na ulicy przy stoliku, rozłożyć latającą biblioteczkę poetów i czytać. Już wiem, że ktoś zatrzyma się, by posłuchać zanim zostanę zatrzymany.

 
                       



        


 








sobota, 18 czerwca 2011

Rzepak i byki

Zapuściliśmy się kiedyś z moim przyjacielem Elkiem, autostopem aż do Rymanowa, do mojej rodziny. A tam Ciotka Hela, jej mąż Wujek Hieronek - leśniczy, Wujek Zbyszek - ich syn, jego żona Marysia i czworo dzieci.
Jutro idę na dolinkę, do Bronka, mówi Zbyszek. Jak chcecie, chłopcy, to możecie iść ze mną. Poszliśmy. Najpierw drogą, potem duktem leśnym, wreszcie steczką, trochę w górę, trochę w dół. Ale więcej pod górę. Ładnych parę kilometrów marszu. A po drodze pięknie wszędzie dokoła. I ani żywej duszy. Kiedy las już ustąpił, ujawniła się niewielka dolina, częściowo zadrzewiona, a pośrodku niej domostwo. Jego urok z oddali, z bliska przybladł wobec ubóstwa i zaniedbania obejścia. Bronek hoduje tu byki, wyjaśnił Zbyszek.
Wnet objawił się gospodarz, chłop po czterdziestce, czarniawy, kudłaty, zarośnięty, ale ciekawej aury. Zaraz wyszła i żona, nie żona, jak mówił o niej Zbyszek. Kobieta spracowana i też zaniedbana wyraźnie. Wokół nich dzieciarnia, od 10-latka do zupełnego drobiazgu. Bose, brudne i ciekawe gości. Rozglądaliśmy się po tym świecie na końcu świata też nie bez ciekawości. Która wzrosła niepomiernie, gdyśmy nieopodal, na niewielkim poletku dostrzegli jeszcze jedną postać. Dziewczyna pewnie szesnastoletnia, nagarniała wymłócony rzepak z płachty do worka i zadawszy sobie na plecy, przenosiła na podwórko. Krępej budowy, odziana była w szorty i kusą bluzkę, która ciasno opinała młode, jędrne ciało.
Baśka, przedstawiła się śmiało, przerywając na chwilę pracę.
Możemy pomóc, zadeklarowałem z miejsca szarmancko i za chwilę zarzuciłem sobie na plecy worek rzepaku. Trochę mną zachwiało, trochę przygięło, ale dzielnie ustabilizowałem postawę myśląc ze zdziwieniem, ile to waży i jaka Baśka silna.
Za czas jakiś zawołano na popołudniowy posiłek. Proste jedzenie, ziemniaki ze skwarkami i zimne zsiadłe mleko smakowało wybornie. Jeszcześmy nie skończyli jeść, gdy rozległ się daleki pomruk burzy. Rzuciliśmy się zakrywać rzepak płachtami. Zdążyliśmy w czas, gdy pierwsze wielkie krople spadły na nasze grzbiety. Burza szła potężna. Uciekajmy do stodoły, zawołał Baśki braciszek i za chwilę cała nasza gromada znalazła się na sianie. Błyskało, grzmiało, strugi deszczu i pioruny waliły w dolinę, a my leżeliśmy pokotem. Przedburzowa duchota po społu z obiadem sprawiły, że po krótkiej fascynacji żywiołem dzieciarnia posnęła. I mnie pewnie zmogłaby senność, gdyby nie fakt, że tuż obok leżała Baśka. Jej opalone ciało kusiło. Wiedziałem, że i ona nie śpi. Moja dłoń niemal instynktownie znalazła się na jej opalonym udzie, na brzuchu, wreszcie zaczęła wdzierać się pod bluzkę. Powoli i nieustępliwie. Elek, leżący z drugiej strony udawał, że śpi. Odwróciłem się na bok i usta znalazły jej ramię, szyję. Słony smak gorącego ciała .Pioruny waliły już nie tylko w dolinie, ale i w moich skroniach. Baśka chwyciła mą dłoń, zatrzymała w swojej, przerwała dalszą eksplorację. Zostaw, szepnęła. Będzie jeszcze na to czas. Później. Jak znowu do nas przyjedziesz.
Nie pamiętam, czy udało mi się usnąć. Ale chyba jednak obudziliśmy się w rześkim przedwieczornym świecie. A może to Bronek obudził nas wołając - Baśka, byki wyszły z zagrody, trzeba ich szukać.
Zleźliśmy na dół. Świat porażał swą urodą. Las na zboczach parował białym tumanem. Ozonowe poburzowe powietrze pozwalało oddychać lekko i głęboko.
Ochoczo zadeklarowałem pomoc w poszukiwaniu rogatych uciekinierów. Miało się już dobrze pod wieczór. Widziana z góry, gdyśmy tam przybywali, dolinka zdawała się wtedy mała. Teraz, przemierzana we dwoje o zmierzchu, stała się nagle rozległą. Zmierzaliśmy ku bukowemu lasowi. Baśka prowadziła. Wśród drzew zmierzch wydał się gęstszy. I nagle usłyszeliśmy szum. Wróciła burza. Słabsza, bez piorunów, zrazu rzęsisty deszcz i zaraz oberwanie chmury. Biegliśmy przez las. Jego parasol wnet uległ naporowi ulewy. Strugi wody spadły nam na głowy. A my pędziliśmy trzymając się za ręce. Wtem drogę zagrodził nam rozrosły już po pierwszej burzy strumyk. Ale nie powstrzymał. I tam, pośrodku strumienia, przyciągnąłem Baśkę do siebie i pocałowałem. Oddała pocałunek z siłą i zapamiętaniem równym żywiołowi, który szalał wokół nas. Ociekający wodą i rozgorączkowani staliśmy objęci, drażniąc i sycąc zmysły.
Nie znaleźliśmy byków. Ulegliśmy wobec grozy żywiołu i mroku ciemności.
Nazajutrz wróciliśmy do Rymanowa.
Nigdy więcej nie trafiłem "na dolinkę".
Ale też nigdy  moja pamięć jej nie opuściła.

środa, 15 czerwca 2011

Sesilus

Sesilusa można spotkać na facebooku. Prezentuje niewyraźną fizjonomię i deklaruje potencjalność jako swą cechę naczelną. Niewątpliwie wyróżnia się tym spośród portalowej gawiedzi. Zmusza do refleksji.
Objawił się na deptaku, po którym nie tylko od święta defilują mieszkańcy by zauważać i być zauważanymi.
Tyle, że na deptak nie przychodzi się znikąd. Coś się ze sobą przynosi. Modny strój, okulary w złotych oprawkach, zapach perfum, wyraz twarzy, jakieś akcesoria, atrybuty. A dalej treść przeczytanych książek, obejrzanych filmów, spektakli teatralnych i operowych. I apetyty. A Sesilus deklaruje czystość swojej karty. Nie może to być! Przecież ma imię. Sesilus. I choć tyłem niewiele stworzeń się porusza, to przecież i w ten sposób można wędrować. Jeśli nie w czas przeszły, to jednak z zanegowaniem wzroku utkwionego w odległy cel. Czy nie tak właśnie dzieje się z nami, gdy podróżujemy pociągiem tyłem do kierunku jazdy? Patrzymy za okno i wciąż ujawnia się to, co minione, co już za nami. I z tego da się zbudować świat. Siedząc z tyłu na furce i machając nogami. Zaskakujące odjazdy w przeszłość. Mało czasu na złapanie muchy lub klapnięcie komara. Ale poczucie bycia w drodze dosadne.
Więc Homo Viator. No tak, ale co z celem owej podróży? Co z drogowskazami? Miałże by je w sobie Sessilus, że ich nie wygląda po drodze? A może ich nie ma. Bo nie chce? Nie potrzebuje? Bo poznał Tao?
Ale deklaruje, że jest czystą kartą. Że do zapisania. A może już oczyszczoną. Że niby wyzbył się wszystkich zapisów. Yogaścittavrttinirodha. Nie rodzenie się zjawisk świadomościowych, jak każe mistrz Patańdżali.
Zaciekawia mnie pan Sessilus. Prowokuje. Udaje niewinną dzieweczkę. Chce urzec i uwieść. Wyciąga rękę, byśmy wzięli go pod ramię i ruszyli na deptak.
Odpowiem na tę prowokację. Będę mu towarzyszył. Spodziewam się, że ukończył liceum klasyczne i być może chodził do jednej klasy z panem Cogito. Pewnie miał znakomitych nauczycieli. Liczę na to.
Pójdziemy razem. Wezmę go pod rękę, ale na wspak. Skoro on tyłem, to ja przodem. A po drodze, gdy któregoś z nas dopadną  lęki egzystencjalne zawirujemy i zmienimy porządek. On przodem a ja rakiem.
Może uda się złagodzić wątpliwość poety:
"Dokąd płynie Dionizos przez morze czerwone jak wino
Ku jakim wyspom wędruje pod znakiem winorośli
Spity winem nic nie wie - więc my także nie wiemy
Dokąd płynie prądami z pnia bukowego łódż lotna."
Zbigniew Herbert
Czarnofigurowe dzieło Eksekiasa
                                 

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Świnia

Był późny wieczór. Na bocznej drodze, na północy Portugalii. Koniec autostopowej podróży na dziś. Trzeba rozejrzeć się za miejscem pod namiot. Wszędzie wokół kamienie. Wspinam się na pobliski stok i znajduję względnie płaski teren. Rodzaj zarośniętej ścieżki. Tu da się wbić śledzie. Stawiam namiot. Zmęczeni walimy się na karimaty i moja towarzyszka za chwilę anonsuje sen głębokim i równym oddechem. Ja również zaczynam odpływać, kiedy nagle słyszę od strony głowy wyraźne chrumkanie. Dźwięk narasta. Kojarzę fakty błyskawicznie. Tam, w dole błyskało, coś jakby małe jeziorko. A my rozbiliśmy namiot na ścieżce doń wiodącej. Tędy wędrują dziki do swojego błotka. I za chwilę jeden z nich wybiegnie z krzaków za naszymi głowami i z zagapienia albo z wściekłości wpadnie do nas na wspólną drzemkę. Chrumkanie zbliżało się nieubłaganie. Złapałem latarkę i w chwili, gdy, jak mi się zdawało, dzik był tuż, tuż, włączyłem światło. Efekt musiał być piorunujący, bo usłyszałem głośny chrumokwik i trzask łamanych skokiem w bok krzaków. Za chwilę wszystko ucichło. Zdenerwowany wydarzeniem budzę Martę. Musimy przenieść namiot, bo leżymy na drodze dzików do wodopoju, wyjaśniam. Co ty, świni się boisz, mamroce półsennie i natychmiast zasypia. A ja zostaję w pół drogi między respektem dla dzikiej bestii a bezradnością wobec dziewczęcej sennej beztroski.