Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Wojciechowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Wojciechowski. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 kwietnia 2012

Wyżłobina - Incisum



Zaginiony w otchłani niepamięci znak, którego obecność udało się odkryć paleo-antropologom badającym epokę kamienia łupanego. Nasi przodkowie, niezdarni jeszcze w manualnych dokonaniach, spoglądali jednak w niebo ze znacznym zrozumieniem.  Nie dziwiło ich wcale, jak nas dziś zadziwia, że jasne punkciki gwiazd, różne w swej wielkości i jasności, dają wrażenie perspektywy.  Zamierzchli łupacze kamienia dostrzegli też na nieboskłonie zjawisko zadziwiające – niezwykły układ kosmicznych świateł – i wyryli go w kamieniu. Starożytni, odkrywszy te ślady odczytali w nich zodiakalną konstelację i nazwali je Wyżłobiną – Incisum. Ustalono, że obejmuje okres od 23.10 do 22.11.


   Wyżłobina silnie religijna  

                    Żłobienie wyżłobiny wewnętrzno-zewnętrznej

Konstelacja ta zapewnia pod nią urodzonym pamięć wyborną. Choć ich twarze mogą w podeszłym wieku zdobić liczne zmarszczki, to jednak rekompensatą zdaje się być ilość i głębokość bruzd kory mózgowej, co jak norweska linia brzegowa , jest zaletą nie wadą. Prowadzeni przez Incisum trzymają się raz obranego celu i dążą ku niemu zapamiętale. W życiu i obyczajach kierują się porządkiem, przewidywalnością i starunkiem. Nie tolerująnagłych zmian kursu, skoków w bok ani zawracania w miejscu. Są w tym podobni do tramwaju albo kolei żelaznej.

                          Wyżłobina abstrakcyjna /ornamentowa/
Wracając do terminologii, Wyżłobina nazwą swą wskazuje na żmudny proces tworzenia i na odniesienie do innej, szerszej aktywności – jak koleiny na szosie. Ciekawostką jest bliskość pojęcia „żłób”, który w rzucie bocznym w literę V się układa. Z niejasnych powodów wyrażenie „ty żłobie” miało i pewnie dalej ma wydźwięk obraźliwy.

                                                     Wyżłobina głowo-nożna     

W relacjach wzajemnych jest Wyżłobina niełatwym partnerem, bowiem przyzwyczajeń swoich nie próbując zaniechać, kompromisom zdaje się niechętna. Znalazłszy wszak zdeklarowanego amatora, z tych samych względów może zapewnić poczucie bliskości jak nikt inny.

                                           

Wyżłobina spokoju wewnętrznego
       
Niektórym Wyżłobina kojarzy się z małżowiną, co może odstręczać. Niechby jednak wszyscy pamiętali o symbolu Incisum -  znaku V, rozumianym jako zwycięstwo. A skoro zwcięstwo, to i walka. A jeśli walka, to z bronią w ręku.  W klasycznej broni palnej Wyżłobina  przyjmuje formę szczerbinki, a jej idealne zgranie z muszką gwarantuje skuteczność  działania.





Szkoda wielka, że słynny strzelec Amor posługiwał się łukiem i raczej z biodra strzelał zamiast poprawnie i precyzyjnie cięciwę do ust w dziubek złożonych przywodzić. Gdyby i on miał w swoim orężu muszkę do zgrania ze szczerbinką, może celniej by to w symbolikę miłosnych łowów godziło. Wszak najważniejszym dla Strzelca jest, by muszkę zgrabnie w szczerbince pomieścić.







Wyżłobina fonograficzna w zapisie fotograficznym Krzysztofa Wojciechowskiego


Wyżłobina posłużyła wynalazcy płyty grającej , a wcześniej wałka. Ileż to patefonów, gramofonów i adapterów swymi ostrymi igłami przemykało po Wyżłobinie głos odtwarzając. Wciąż jeszcze były w użyciu, gdy Serge  Ginsburg śpiewał z Jane Birkin o miłośći, z jawnym w niej udziałem Wyżłobiny.             



 
Godzi się jeszcze dodać, że jest Wyżłobina najbliższą lini, a przy tym w odróżnieniu od jednego wymiaru tej ostatniej, może się radować aż trzema wymiarami. To czyni ją wiodącą techniką graficzną, od linorytu aż po inne szlachetne podłoża.
Z Wyżłobin najznaczniejszych wymienić należy Rów Mariański i i Kanion Rzeki Kolorado.


                               Żłobienie znaczeń /fot.Zygmunt Rytka/ 









poniedziałek, 23 maja 2011

Dowód osobisty

Moja pierwsza wystawa. Rok 1974. Jeszcze nie działa  Mała Galeria ZPAF. Jeszcze nie rządzi nią Andrzej Jórczak z pomocą Krzysztofa Wojciechowskiego.Ale już przyjaźni się z nimi Tomek Tuszko. Ja przyjaźnię się z Tomkiem. Heniek Gajewski zakłada Galerię Remont. Czuję się coraz bliżej tej grupy. Podchwytuję zaproszenie do zrobienia wystawy w Remoncie. Oczywiście przychodzi mi do głowy, że muszę tą drogą złożyć jakąś artystyczną deklarację. Coś oświadczyć publicznie. Przeciw czemuś zaprotestować.
Studia filozoficzne uczą myślenia i formułowania myśli. Ale młodemu adeptowi nie zawsze udaje się lapidarnie i czytelnie wyrazić własne przemyślenia. Dziś byłbym w tym może bardziej sprawny.
Wystawę nazwałem "Dowód osobisty". Fotografia tej książeczki, rozłożonej na stronach ze zdjęciem, była zaproszeniem na otwarcie. Tu ważna dygresja - nieoceniony Tomek Tuszko pomógł mi zreprodukować wszystkie dokumenty prezentowane na wystawie. Dziś jeszcze raz, wielkie dzięki, Tomku!
Teraz już staje się jasne, czego mój debiut artystyczny dotyczył. Zgromadziłem na wystawie wszystkie zebrane dotąd legitymacje, zezwolenia i dokumenty identyfikujące moją osobę, zaopatrzone w zdjęcie lub numer.
                              

 I przejęty naczelnym celem fenomenologów, czyli próbą dotarcia do istoty rzeczy, stanąłem na otwarciu wystawy na środku sali i opowiadałem o moich staraniach odrzucenia tych wszystkich przygodnych ról społecznych, wyrażanych kolejnymi numerami.

                       

                              

 Kryją one mnie prawdziwego za swoje tarcze i szyldy, opisują skrajnie aspektowo i marginalnie, utrudniając dotarcie do mojej osoby ludziom a nawet mnie samemu.

                                   
                                               
Oczywiście powinienem był wtedy konsekwentnie iść krok dalej i stanąć tam całkiem nago, ale nie przyszło mi to do głowy. Pokazywać się nago w galeriach wolno wtedy było tylko Jerzemu Beresiowi.
                                                    
                              


 
 










wtorek, 25 stycznia 2011

Cały jestem z miasta

Dziś wiem to bardziej niż kiedykolwiek. Wiem też, że zawsze byłem, choć nie wiedziałem.
Bliska mi jest ulica. Wdzięczny jestem rodzicom za brak kontroli w swoim czasie. Dzięki temu mogłem przemierzać miasto wszerz i wzdłuż, wąchać je i smakować, szlifując bruki.
Dygresja: kolekcję oryginalnych brukowców z ulic Warszawy pokazałem na wystawie „Równy Kamieniowi” w Galerii Rzeźby BWA w Warszawie w 1999 roku i później w Galerii Podlaskiej w Białej Podlaskiej.

 
Warszawa z czasów mojej wczesnej młodości /lata sześćdziesiąte/, była dla nas /włóczyłem się z Elkiem, przyjacielem z tamtych dni/ ogarnialna i była nasza. Uprawialiśmy swoisty sport ekstremalny – wskakiwanie i wyskakiwanie z tramwajów. Naszą tradycyjną bieżnią w tym wyścigu był kwadrat ulic Rakowiecka, Marszałkowska, Al. Jerozolimskie, Al. Niepodległości. Rekordowy czas przebiegu/przejazdu – 18 minut. Ile tramwajów zmieniliśmy, nie pamiętam. Wskakiwaliśmy do ostatnich drzwi, zawsze wtedy otwartych, drugiego wagonu na skrzyżowaniu Rakowieckiej i Al. Niepodległości i już na najbliższym przystanku przesiadaliśmy się do pierwszego wagonu, by zająć dobrą pozycję pościgową na przodzie tramwaju, lub goniliśmy poprzedni tramwaj, jeśli był w zasięgu naszych rączych możliwości. W rzeczywistości większość trasy odbywaliśmy biegiem po torowisku, goniąc tramwaje przed nami i rzadko kiedy korzystaliśmy z postoju na przystanku, by wsiąść lub wysiąść. W zasadzie wyskakiwania nie limitowała żadna z osiąganych przez nie wtedy szybkości, a wskakiwanie było oczywiście możliwe po dogonieniu ostatnich drzwi.
 Nie tym wszak miałem się chwalić. Otóż korzystając tak obficie z taboru miejskiej komunikacji, postanowiliśmy znaczyć po swojemu nawiedzane wagony. Logo /zwane wtedy przez nas „nasz znak”/ zaczerpnęliśmy z ozdoby na nożu fińskim, podarowanym mi przez wuja Hieronima, leśniczego i myśliwego z Rymanowa, który straszył czarną piracką opaską na pustym oczodole – pamiątce po wojnie z Moskalami. Ów wuj pokazał mi znak wyryty na tępej krawędzi ostrza, wyjaśniając, że to motyw huculski, tak jak i cała finka. Wyglądał tak: II X II. Może nic specjalnego, ale wyryty paznokciem na brudnych ścianach wagonów tramwajowych, przetrzymywał sporo czasu i w miarę nasycania nim taboru, coraz częściej odnajdywaliśmy na trasie „nasze” wagony. Tym działaniem przypisuję sobie pierwszeństwo w znakowaniu tagami miejskiej przestrzeni.
 „Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci” – cytuję całe przysłowie, bo w tym temacie młodzi nie są zbyt mocni. Nie skaczę dzisiaj do tramwajów z kilku powodów. Niech będzie, że pierwszym są automatycznie zamykane drzwi. Czasem natomiast nimi jeżdżę. I autobusami też. Zawsze szanowałem vlepkarzy. Tych rasowych. Lapidarne treści. Ostrość komentarza. Refleksyjność. Humor.

 Nie pamiętam kiedy mnie naszło, żeby przyklejać. Może w 2001 roku. Same teksty, bez obrazków.


 Obrazki to oddzielna sprawa. W 2005 zrobiłem akcję i wlepiłem 100 miniaturowych zdjęć w warszawskich autobusach z okazji Miesiąca Fotografii. To była moja spontaniczna reakcja na wystawową działalność kolegów artystów. Zrobiłem potem z tej akcji wystawę dokumentację w Małej Galerii ZPAF/CSW w Warszawie. Nazywała się „Ale jazda”.
 Teraz ewoluuję. Wlepiam dalej okazjonalnie klasykę w autobusach i tramwajach. Na mieście przyklejam zdjęcia formatu 10x15. Dla każdego wybieram stosowne miejsce.

            
 
 
 
Nowym ciekawym terenem są okienka piwniczne wychodzące na ulicę. Występują po kilka w ciągu niedaleko siebie tworząc naturalną galerię. Ta akcja odbywa się pod nazwą „sztuka przyziemna", co oczywiście określa charakter przyklejanych zdjęć. Jednak obok zdjęć jest tam też miejsce na vlepki. Tyle, że nie te małe, ale duże – by dały się zauważyć. A więc mega – vlepy. I oczywiście też na temat.

 


 Pojawił się już następny ruch. Nazywa się „przeciw kantom” i dotyczy narożników. Walczy z wertykalnie obecnym kątem prostym.
 Zawsze interesowały mnie chodniki. Postanowiłem znaleźć się na ich poziomie, bowiem jakiś czas temu dotarło do mnie ostatecznie, że „cały jestem z miasta”. Teraz głoszę to swoim stemplem przy każdej akcji miejskiej. Nie podpisuję tych działań nazwiskiem. Nie pytam władz o zgodę. Cieszę się, kiedy sztuka pojawia się w miejscu publicznym i niejako przymusza przechodnia do otarcia się o nią. Stąd następne hasło – „od sztuki nie uciekniesz”.
 Jedno i drugie pasuje do trzech płyt chodnikowych, które wymieniłem na ulicy Długiej na nowe, nie popękane, ale opatrzone moją fotograficzną podobizną do nich przyklejoną. Jeden portret zwykły, jeden z zamkniętymi oczami i jeden uśmiechnięty.

 

 Ciekaw byłem, na który łatwiej nadepnąć. Od czerwca tkwię tak na chodniku i choć podrapany, trzymam się nieźle. Pojawiła się nawet interakcja. Na uśmiechniętym ktoś przykleja vlepę „przywitul mnie”. Więc go też niniejszym odprzywitulam serdecznie.


 Trwalsze przywiązanie do sztuki, a raczej do sztuk na trzepaku wyeksponowałem we wrześniu wzdłuż Al. Niepodległości przy metrze Racławicka. Mieszkam nieopodal „od zawsze” i na trzepaku pod domem robiłem sztuki pół wieku temu. Sfotografowałem więc sąsiadów w różnym wieku – od lat 3 do 70 – jak robią sztuki i rozwiesiłem ich zdjęcia naturalnej wielkości między latarniami wzdłuż jezdni.

fot. Krzysztof Wojciechowski

 A że następnego dnia zamknięto ul. Puławską do remontu, miałem widzów w swojej galerii pod dostatkiem. Sunęli w swoich autach przed zdjęciami w iście muzealnym tempie i zatrzymywali się przed każdym. Ci chodnikowi też mogli oglądać, bo zdjęcia były dwustronne. Oczywiście powiesiłem to wszystko z pomocą dzikiej ekipy. Po dwóch dniach dostałem wezwanie do stawienia się na komendę. Przygotowałem się do obrony sztuki niezależnej, chciałem walczyć i rwać koszulę w „geście”. Mili policjanci zapytali jednak, czy to ja jechałem za szybko gdzieś pod Łodzią, bo mają zdjęcie z fotoradaru i kazali zapłacić 200 zł. Wyszedłem rozczarowany i niemal upokorzony. A zdjęcia powisiały 10 dni i sam je zdjąłem.
Z okazji grudniowego festiwalu sztuki niezależnej Re:wizje powiesiłem na latarniach wzdłuż ul. Marszałkowskiej dziewięć flag z postaciami osób godnych troski społeczeństwa i władz.




 Przedstawiłem wszystkich w geście ofiarowania czegoś innym z uśmiechem. Gdy przyszło do uzyskania zgody na wyeksponowanie flag na latarniach, okazało się, że nie wiadomo, kto ma jej udzielić. W efekcie zrobiłem to sam bez zezwolenia. Powisiały cztery dni po czym przystawiłem drabinę i zwinąłem je po kolei. Jest dobrze. J.B.
P.S. Na chleb zarabiam jako belfer w liceum. Uczę angielskiego i filozofii.