niedziela, 2 czerwca 2013

Polatamy z kółkiem

Jak ta zabawa się nazywa? - zapytał mnie ktoś. Nie wiem, pamiętam, że wtedy, na podwórku, mówiliśmy do siebie - chodź, polatamy z kółkiem.


 
Latanie z kółkiem wokół mistrza Mikołaja Kopernika z okazji Dnia Dziecka udało się znakomicie. Przywiozłem z sobą obręczy rowerowych aż trzydzieści dwie. I zanim się obejrzałem już wszystkie były w locie. Małe dzieci, średnie dzieci i zupełnie niemłode już dzieci próbowały, popychały, zgłębiały sztukę toczenia obręczy i w końcu pędziły, a kółka zgrabnie im umykały, zmuszając do jeszcze większego pędu. Placyk wokół pomnika ożył.

 
 
 Przechodnie zatrzymywali się, aparaty, kamery i telefony rejestrowały krążących, a wszyscy cieszyli się jak dzieci. Tak miało być.
 Za rok przywiozę w to miejsce pięćdziesiąt obręczy i zacznę nieco wcześniej, żeby ludzie zdążyli nabiegać się do woli. A że Astronomowi się to podobało, to pewne jak układ heliocentryczny.

Wgląd fotograficzny zawdzięczamy Marcie Tarnowskiej.
 




sobota, 30 marca 2013

Z domu Zucker


Sporo spraw działo się dawno temu. I ta też. Był chyba rok 1972 lub 73. Poprosił mnie Krzysztof W. na  prośbę jego „amerykańskiej” cioci, bym zaopiekował się jej znajomą, amerykańską  Żydówką z polskimi korzeniami. Przyjechała do Polski szukać tych właśnie korzeni. Osiadła w hotelu Forum, gdzie ją spotkałem.
 
Pierwszego dnia udajemy się na cmentarz żydowski, by szukać grobów jej krewnych. Opiekun nekropolii, starszawy, niedbale odziany osobnik zdaje się znać na rzeczy i ochoczo zaprasza nas do czarno malowanej pakamery opodal bramy. Mróz trzaskający, ciemność przygnębiająca, a moja podopieczna nieco przestraszona. I słabo zorganizowana. Zaraz poczyna tłumaczyć, ze pięknie wyrysowane przez męża drzewo genealogiczne gdzieś się w podróży zapodziało i ma tylko niedbałe zapiski na luźnych kartkach. Wnet poczynają one fruwać, uwalniając imiona i nazwiska przodków: Sara Rigelbaum, Aaron Gotlieb, Mordechaj Hirsch... . Dozorca słucha, kiwa głową ze zrozumieniem i przy większości wymienianych postaci przyznaje, że chyba wie, gdzie szukać ich grobów. Nic nie zapisuje, ale zapowiada, że nazajutrz poprowadzi do miejsca spoczynku krewnych. Wejrzenie ma wszak silnie zbójeckie i gdy wreszcie, przemarznięci do imentu, pierzchamy za bramę, Elisabeth wyznaje, że za nic nie chce tam wracać. Tak grzebiemy ostatecznie jej warszawskie korzenie.

Ciąg dalszy poszukiwań wiedzie do Lublina, gdzie jej babka ukończyła pensję pani Lauder. Przygadany wieczorem pod hotelem taksiarz zjawia się w sobotę o 8 rano. Wsiadamy do Dużego Fiata, a pan kierowca uprzejmie zapytuje, czy możemy po drodze podrzucić do domu jego znajomą. Okazuje się nią córa koryntu, którą uprzejmie wieziemy gdzieś na Tarchomin, skąd podobno skrótem mkniemy do Lublina. Docieramy na miejsce około południa. Mamy odszukać pensję pani Lauder. A raczej miejsce, gdzie się mieściła. Nie ma nawet pewności, co do ulicy. Może Zamojska? Postanawiam zasięgnąć języka u kogoś w słusznym wieku.Najlepiej byłoby znaleźć jakiegoś starego Żyda. Szukać postanawiam wśród rzemieślników – krawców, szewców, zegarmistrzów. Zaczynam łazić po bramach i podwórkach Krakowskiego Przedmieścia. Wypytuję, gdzie można spotkać starszego obywatela miasta Lublina wyznania mojżeszowego. „Nie mam pojęcia”, słyszę najczęściej w odpowiedzi. „Jeden mieszka chyba w podwórzu naprzeciwko, na pierwszym piętrze” – świta nadzieja u kolejnego szewca. Wbiegam na drewnianą galerię. Stukam do drzwi. Cisza. Łomoczę głośniej. Ktoś wychyla się z sąsiedztwa. Czy pana sąsiad jest w domu? – pytam. Już chyba rok go nie widziałem. Pewnie wyjechał, jak inni. Dociera do mnie, że przecież niedawno był rok 1968. Robi się smutno. Ciągle mam nadzieję, że znajdę kogoś. Zaczynają mi się podobać te poszukiwania. Coraz bardziej szulcowsko się czuję.


Wchodzę w kolejne bramy i podwórka. Na jednym z nich widzę jakieś atelier też na pierwszym piętrze. Też ze schodami i galerią. Wbiegam, zaglądam przez duże okno i oczy robią mi się okrągłe z wrażenia. Duży, jasny pokój wygląda jak scena z teatru lalkowego. Wszędzie leżą i wiszą otwarte i zamknięte kolorowe parasole. Na dziwnym warsztacie rozrzucone są dziwne narzędzia. Pracownia parasolnika. Tylko mistrza brakuje. Drzwi zamknięte. Pewnie zniknął jak tamci inni. Rozglądam się, czy gdzieś koło mnie nie kręci się Mary Poppins. Czy jak wyjdę z bramy, to znajdę się na  Ulicy Krokodyli? Wracam na ziemię, do mojej Margaret, która czeka w taksówce, bo i tu zimno. Jedziemy szukać pensji na ślepo. Na Zamojską. Atakujemy dyrekcję lokalnego przybytku edukacji. Wzbudzamy zaciekawienie, ale nie dowiadujemy się nic. Dopiero teraz wpadam na pomysł przeszukania miejskiego archiwum. Za późno, już zamknięte. Wracamy na tarczy. Jedziemy przez Kazimierz nad Wisłą. Tam też mieszkali ponoć krewni Elisabeth.  Ale ona już się poddała. Nie chce się zatrzymywać. Smutek się potęguje. Cień Marca 68 nakłada się na noc Zagłady i bardziej odległą przeszłość.
 

Nie mam ochoty rozmawiać o tym z moją podopieczną. Gwarzymy na inne tematy. Mówię coś o Indiach, a ona przyznaje, że nie wie gdzie są Indie. Nie chce mi się wierzyć. Tłumaczy się, że z domu nazywa się Zucker, a w szkole sadzano ich według alfabetu. Znalazła się na ostatniej ławce. Pech chciał, że miała słaby wzrok i nie widziała nic na mapie. Nic nie potrafiła zlokalizować. Tak, jak ja teraz.
 



Konceptualizm


 Onegdaj, na otwarciu wystawy Krzysztofa Wojciechowskiego i Andrieja Bojarowa dowiedziałem się od Tadeusza Rolke o powrocie sztuki konceptualnej „do łask”. Kiedyś, w latach 70ych wiodąca, dziś ustawia się w szeregu obok innych, nie wybijających się na wiodące stylów.

Przypomniałem sobie w tej rozmowie o moim prostym, nigdy nie zrealizowanym pomyśle czystego konceptualizmu.  Oto na papierze światłoczułym naświetlam ważną informację skierowaną do konkretnej osoby, wkładam ją w ciemni do szczelnej czarnej koperty, adresuję i wysyłam. Dokąd nieświadomy zawartości adresat nie otworzy jej, wiadomość istnieje, jednak  fakt wyjęcia papieru na światło unicestwia treść przekazu.

Powinienem był to zrealizować wtedy, gdy przyszło mi do głowy – w latach 70ych, ale skoro konceptualizm wraca, może wystarczy dziś o tym opowiedzieć.

niedziela, 25 listopada 2012

Pani Tonia

O Antoninie Kossak-Lgockiej mówi się już teraz, że była. Odeszła bowiem niedawno. Odeszła czyli umarła. Smutno.

 
Kiedy pojawiłem się w szkole, a myślę o 37 Liceum Niepublicznym, już tam była. Chyba uczyła historii od chwili powstania naszej szkoły. W tamtym czasie dzieliła swą pedagogiczną pasję pomiędzy nas i Liceum im. Czackiego. Mawiała wtedy często - "u nas w Czackim". Potem, kiedy pracowała już tylko u nas powtarzała z uśmiechem - "w naszej Prześwietnej Akademii". Miała bowiem swego rodzaju dystans do pedagogiki stosowanej we współczesnych realiach.

Zresztą pojęcie dystansu było jakoś z panią Tonią związane. Była bowiem damą dystyngowaną, tzw. osobą z zasadami. Znała wartość dystansu i stosowała ów oręż. Potrafiła się nawet dąsać i obrażać. Ale czyniła to w obronie form i zasad, które uznawała za obowiązujące wśród ludzi pewnej klasy.
Nie wszystkim się to podobało. Osobiście dostrzegałem w tym urok zgoła XIX-wieczny. Odczuwałem też z Jej strony rodzaj sympatii. Pozostawaliśmy wszakże przez cały wieloletni okres znajomości "na pan-pani". I to miało swój urok.

Tonia była osobą dość samotną, co zresztą z klasą znosiła. Najpierw odszedł mąż Grzegorz, inżynier, o którym czasem wspominała dyskretnie - "my z Grzegorzem". Potem opuścił ją jedyny brat, o którym wiem, że pomagał przywozić żwirek dla Pusza.
No właśnie, Pusz! Znały go kolejne roczniki braci uczniowskiej z Czackiego. Pusz był kotem - legendą. Kimś naprawdę ważnym w świecie pani Toni. Kiedyś, gdy już i w naszej szkole każdy o nim wiedział, zdarzyło się, że bohater zmaterializował się w naszej Prześwietnej Akademii po drodze do, czy od weterynarza. Pamiętam, że zdziwiła mnie czarno szczupła niepozorność owego kota - celebryty.

Jakiś rok później, Tonia wyjawiła mi ze łzą w oku, nieomal w tajemnicy, że Pusza już nie ma na tym świecie. Wyrzeźbiłem Jej wtedy małą czarną figurkę siedzącego kota zapewniając, że tak się zapisała dusza Pusza.

Faktem jest, że pozostawała pani Antonina coraz bardziej samotna, w nowym małym mieszkanku na Ochocie, dokąd przeniosła się z willowego Mokotowa. Rozmawiałem z Nią telefonicznie od czasu, do czasu, pytając o zdrowie. Wiedziałem też od Niej i też w tajemnicy, o rozległym zawale, który przeszła trzy lata temu, w czasie wakacji.
A właśnie o wakacjach mówiliśmy często, bowiem Tonia uwialbiała podróże. Dzieliliśmy się wrażeniami z odwiedzanych miejsc i krajów i miłe to były pogwarki.

Ciekawe, że owa dystyngowana osoba miała wyrażne lewicowo-demokratyczne poglądy. Nie kryła tych preferencji w rozmowach o kształcie współczesnego świata. Miały one zapewne wpływ na obraz historii, którą wykładała. Bo szczególnie w tym przedmiocie nie da się do końca ukryć osobistych punktów widzenia za pozornie obiektywnym programem nauczania.


Wydawało mi się zawsze, że pani Tonia bardzo lubiła uczyć historii i nie była źle przyjmowana przez uczniów. Sama pobierała wiedzę na Uniwersytecie Warszawskim i z szacunkiem przywoływała nazwiska  swych starszych kolegów i mistrzów zarazem - prof. Tazbira, Samsonowicza i innych. Z pewnością były to kręgi kultury wysokiej.

Ale Tonia pozwalała się też często namówić uczniom do uczestnictwa w balach studniówkowych, a w szczytowym okresie działalności naszej Prześwietnej Akademii, udało się im porwać Ją nawet na parkiet.

 
Wielokrotnie brała też na siebie przygotowanie wespół z młodzieżą szkolnych Wigilii.

Kiedy we wrześniu dzieliłem się z Nią telefonicznie wrażeniami z podróży do Portugalii, przypomniała mi, że i ona ma wymarzone miejsca w świecie - "gdybym mogła jeszcze raz wybierać, to krajem, w którym chciała bym zamieszkać, byłaby właśnie Portugalia, ale gdybym miała wybierać konkretne miejsce, to jednak byłaby to Florencja", mówiła z lekkim rozmarzeniem w głosie.
Dziś jest już i w Portugalii, i we Florencji i wszędzie. Będziemy Jej tam wypatrywać.

niedziela, 18 listopada 2012

Koniec świata

To był sen trudny do zapomnienia ale i do zapamiętania w szczegółach niełatwy. Składał się bowiem głównie z atmosfery, wrażeń, poczucia niezwyczajności.
Uczestniczyłem w końcu świata. Faktycznie zrobiło się bardzo mroczno. Ale nie ciemności egipskie. I jakoś tak chmurno i niepokojąco, jak przed burzą. Ten niepokój wypływał głównie z faktu, że świadom już byłem, że to koniec świata.


 Ale pojawiła się też pewność, że trzeba się jakoś ratować, gdzieś uciekać, by uniknąć owego finału.
Na tle chmurnej ciemności zamajaczyła nagle jaśniejsza plama. Czyjaś twarz. Skupiona, poważna, zdeterminowana. Rozpoznałem Tomka Rodowicza. Tego dzisiejszego, dojrzałego. Nic nie mówił. Nic nie wskazywał, ale dokąś dążył. Zamajaczył i zniknął. Podążyłem i ja w tamtym kierunku. Nie wiem, czy to była podróż. Pamiętam tylko, że było bardzo dziwnie. Działo się ze mną coś zupełnie mi wcześniej nieznanego. Jakieś procesy, jakieś przemiany. Film s-f.

Lepiej pamiętam, co było potem. Jasność i przestronność. Pejzaż trochę chirico'wski, afrykańsko barwny niebieskim niebem i żółtym piaskiem, ze śladami jakichś prostych konstrukcji. Bezludny. A ja w lewym dolnym rogu tego obrazu, patrzący z bladym zdziwieniem i chyba zadowoleniem, że się udało przez jakiś kres przedostać - być przeprocesowanym na drugą jakąś stronę. Cisza. I świadomość nie posiadania niczego.
Jakaś lekka niby-nagość, ale bardziej bezniczegość.

Nagle pojawia się ktoś stamtąd. Ludzik jakby. Jakby młody i przyjazny. I już wiem, że przysłany do mnie i dla mnie. Żeby mnie przysposobić na to tu bycie. A ja, z całkowitym poczuciem tabula rasa, świadom jestem, że nic o tym tu nie wiedząc, muszę się poddać bezwolnie adaptacji do nowego.

Ale budzi się pytanie, choć nie wiem, czy we śnie jeszcze, czy już w refleksji o nim na jawie. Pytanie nie odpowiedziane. Do jakiej roli, jakiej funkcji, jakiego przeznaczenia w tamtym mam być przysposobiony. Jeśli zadane na jawie, to rodzące żywą niepewność i niepokój całkowitego podporządkowania, ale tam, we śnie fatalistycznie obojętne.  Tak, czy inaczej, to była jakościowo nowa zupełnie wizja przejścia. I, co ciekawe, nie zosłał po niej żaden niepokój.

Hela


Każdy z dziadków, i Stefan i Stanisław mają swoje rozdziały na blogu, a babcie? Konwicki o  domniemanych losach swojej babki napisał „Bohiń”, a ja nic?
                                 
Hela, matka mej Matki, żyła bez mała 98 lat. Urodziła się jeszcze w 19 wieku i niewiele zabrakło, by otarła się o wiek dwudziesty pierwszy. Ostatnie cztery lata jej życia obserwowałem uważnie, jako jedyny niemal opiekun. Mieszkaliśmy razem. Ciekawe, choć niełatwe było to doświadczenie.

Wśród wielu zadziwień i refleksji ciekawą wydaje się ta dotycząca higieny. Otóż, dokąd była w stanie radzić sobie sama, Hela, doprowadzona do drzwi łazienki, zamykała je za sobą i wołała o pomoc dopiero przy powrocie do łóżka. Ale przyszedł dzień, w którym padło zaklęcie wypowiedziane przez nią głośno i jednoznacznie. Powiedziała nagle: „ znaczy wstydu nie ma” i nie było go już do końca.

Dolegliwością wielką były nocne podróże Heli na siusiu. W dzień funkcjonowała normalnie, nocą potrafiła budzić mnie pięcio, sześciokrotnie, bym ją eskortował do toalety. W zasadzie bez wyraźnej potrzeby.

Wyczerpany kolejnym przyzywaniem, stanąłem kiedyś nad nią zirytowany i pytam: „dlaczego babcia znowu wołała? Przecież byliśmy siusiu godzinę temu!” „Ja”, pyta zdziwiona, „ja nie wołałam.” „Jak to”, irytuję się jeszcze bardziej, „a kto wołał?” A Hela z niewinną  miną  dzieciny mówi: „to ta druga stara pani, co leży tu koło mnie” i patrzy na mnie chytrze. Mógłbym oskarżyć Helę o starczą demencję, gdybym nie wiedział, że to tylko fortel, zwykły chwyt psychologiczny. Przecież gazety w czasach komuny pełne były co dzień równie bezczelnych tłumaczeń i informacji.

Innym razem użyła Hela metody zgoła przeciwnej. Obudzony po raz szósty o 5 rano, mając w perspektywie cały dzień pracy, przysiadłem zrozpaczony na jej łóżku i informuję: „Babciu, jestem babci jedynym przyjacielem i opiekunem. Kto babci pomoże, kiedy mnie babcia wykończy i rąbnę na serce ze zmęczenia. Taki szantaż musiał wywołać skruchę. „Ja cię bardzo przepraszam, ja już nie będę wołać. Wybacz mi, kochany.” Wróciłem do łóżka z nadzieją na jeszcze odrobinę snu i już w niego zapadałem, gdy usłyszałem ciche, słodkie wołanie z drugiego pokoju: „Przyjacielu! Przyjacielu!! Chodź, podaj mi pomocną dłoń!”

                                             
Nie wiem, czy łzy pociekły mi z rozpaczy, czy ze śmiechu.



sobota, 11 sierpnia 2012

Kuszenie Świętego Antoniego czyli znaleziska i zdobycze.




Wśród wielkich zaskoczeń, może największym i najciekawszym było odkrycie w lizbońskim Muzeum Sztuki Dawnej obrazu Hieronima Boscha „Kuszenie Świętego Antoniego”. Choć znałem go dobrze z reprodukcji, stałem przed tym tryptykiem długo i nie mogłem się napatrzeć i nadziwić wyobraźni obu panów – Hieronima, który to wszystko namalował i Antoniego, który tak pokuśne byty ku sobie skłaniał. Co do wyobraźni tego, który je być może ku Świętemu kierował, lepiej o nią wcale nie pytać.


Nie powiem, że w dalekiej podróży na pokusy żadne nie jest człowiek narażony. Owszem, jest. Ot, urok podróży.

Jakże miłym było wędrowanie wzdłuż długaśnych półek z portugalskimi winami w zwykłym supermarkecie. Atrakcją wyjątkową stało się wyławianie spośród dobrych, tych bardzo dobrych, w cenie o tyle śmiesznej, o ile budzącej zazdrość. Chciałoby się i u nas kupić takie znakomite wino za 6 albo 8 złotych i cieszyć nim podniebienie przy obiedzie.


Oczy, jak już wspominałem, radowała bujna przyroda nierzadko obsypana kwieciem, uwalniająca rozkoszne aromaty , emanująca spokój i dostojeństwo.


Ocean dotykany z bliska, samotnie, gołą stopą, zdawał się zajęty sobą i burzliwymi utarczkami ze skalistym wybrzeżem. Godzien największego podziwu i niemniejszego respektu. Groźny i fascynujący.

Patrzenie uważne pod nogi przyniosło drobne znaleziska, dziś już wypełniające kolejne, wolne jeszcze strony Księgi /patrz wpis NTSPSSNTR/

Niemałym zaskoczeniem było też stado zielonych papug szalejących wśród koron eukaliptusów.


Były znaleziskiem i zdobyczą wspominane już patyki pozyskane z drzew tropikalnych, wieczorami ujawniające stopniowo subtelne kształty ukrytych w nich łyżeczek /patrz wpis ŁYŻECZKARZ/.


Miłym wydarzeniem było kilkakrotne spotykanie się z Adrianą Bąkowską, korespondentką Polskiego Radia, wcześniej znaną mi jedynie z fal radiowej Jedynki. Nasza rozmowa nagrana dla tej stacji poszła podobno w eter.


Wielkim przeżyciem z Madrytu było ponowne stanięcie w zadumie przed powalającą Guerniką Picassa. Tam zdałem sobie sprawę, że istotną zaletą oglądania oryginałów wielkiej sztuki jest możliwość doświadczenia faktycznych wymiarów dzieła w relacji do naszego ciała i wysokości z której ogarniamy świat wzrokiem.


A wracając do Antoniego, świętym być trzeba, by nie dostrzegać mrowia pokus najróżniejszych wokół siebie. Gdybym miał ślepo wiernie biblijnych nakazów walki z grzechem przestrzegać, samo-oślepionym bym wrócił niechybnie. Nie przestrzegałem. Jak widać.