środa, 16 marca 2011

Uśmiech

Chodząc po ulicach, lubię patrzeć na ludzi. Zawsze lubiłem. Przyglądać im się. Z zainteresowaniem. Czasem pomyśleć, kim są. Coś o nich zgadywać. Budzić wątpliwości, co do swych pochopnych ocen. Mam na to sporo przykładów. Może najbardziej spektakularnym jest moje wspomnienie z kolacji w jednej ze stołecznych restauracji. Wylądowałem tam jako osoba towarzysząca, zbliżona do środowiska. Muzycznego. Bardzo poważnie muzycznego. Pojadałem więc i pogadywałem z innymi biesiadnikami. Naprzeciw mnie siedział mężczyzna około czterdziestki. Krępy, czarniawy, jakby troszkę niedogolony. Tkwił w przyciasnej dżinsowej kurteczce i flanelowej koszuli. Nie odzywał się dużo. Niewiele gestykulował. Był tam ze swym kompanem o podobnej aparycji. Spotkanych gdzieś w tramwaju mógłbym sklasyfikować w kategorii robotnik, rzemieślnik wykwalifikowany. Spokojnie daliby się wpisać w tło warsztatu samochodowego. Ów restauracyjny wieczór zaczął się jednak kilka godzin wcześniej. W sali balowej Zamku Królewskiego. Na koncercie muzyki dawnej. A wspomniani panowie byli tego koncertu solistami. Obaj bowiem są wirtuozami gry na lutni barokowej. I trzeba było słyszeć, jak grali. Czysta subtelność. I trzeba było widzieć, jak radowali się tym, co robili. Jak uśmiechali się do siebie po wykonaniu trudniejszych partii. Obaj, jak się okazało, grają u Jorgi Savall'a. Przy kolacji żartował jeden z drugiego, przypominając mu próby smalenia cholewek do Arianny, słynnej śpiewającej córki mistrza Savall'a. No cóż, lutnia barokowa.
Zacząłem jednak od ulicy i pora na nią wrócić. Gapiąc się na ludzi mimochodem stałem się kolekcjonerem. Zauważyłem bowiem, że niektórzy uśmiechają się sami do siebie. Do swoich myśli zapewne. Właśnie takie uśmiechy kolekcjonuję. I poczyniłem pewne obserwacje. W mej kolekcji najpełniej jest reprezentowane pokolenie młodych kobiet. Od dziewcząt poczynając. Kobiety w średnim wieku uśmiechają się rzadziej. Starszym znów częściej się to zdarza. Sporadycznie auto-uśmiech przytrafia się młodzieńcom. Dorosłym mężczyznom chyba nigdy. Tu mój zbiór jest pusty. Ale nie doświadczenie życiowe. Ono, poparte wiedzą sugeruje coś innego. Wspomagam się Mistrzem Nachmanem z Bracławia. On, chasydzki święty, nawoływał przecież: "Tańcz, tańcz.....Wyrób w sobie nawyk podśpiewywania..." I pamiętam jak mój Mistrz - "wuj" Fronczak, ucząc mnie i Tomka chodzenia przy pszczołach, podśpiewywał i pogwizdywał, krzątając się wokół pszczelego inwentarza. To był jego uśmiech wewnętrzny. Jakże bliski Mistrza Nachmana.

Brak komentarzy: